niedziela, 29 stycznia 2012
Popołudniowe niedzielne spotkania włoskiej Serie A miały niespodziewany przebieg. Przede wszystkim porażkę zanotowała drużyna Interu Mediolan, która najwyraźniej nie zdołała się podnieść po pucharowej porażce z Napoli. Z kolei neapolitańczycy przegrali z Genoą. Pierwszego gola dla nowego klubu zdobył Alberto Gilardino. AS Roma – Bologna 1:1 Po tym jak Rzymianie przegrali w tygodniu i to sromotnie z Juventusem Turyn w Coppa Italia 0:3 można było przypuszczać, że zespół dowodzony przez Luisa Enrique będzie chciał się zrehabilitować w spotkaniu 20. kolejki Serie A z Bologną. Jednak przebieg tego meczu był zgoła odmienny. Wynik rywalizacji na Stadio Olimpico otworzył Marco Di Vaio, który wykorzystał podanie od swojego bramkarza i zdobył swoją szóstą bramkę w bieżącym sezonie ligowym. Zespół ze stolicy Włoch było stać tylko na doprowadzenie do wyrównania za sprawą Pjanicia, który mógł chwilę później zapewnić gospodarzom wygraną. Jednakże strzał byłego piłkarza Olympique Lyon minął światło bramki. Lecce – Inter Mediolan 1:0 Niezły szok przeżyli kibice Interu Mediolan. Walczący o miejsce gwarantujące start w Lidze Mistrzów podopieczni Claudio Ranieriego przegrali na Stadio Via del Mare z miejscowym Lecce 0:1. Popularni „Nerazurri” mieli przed meczem z trzecią od końca drużyną ligi włoskiej passę siedmiu zwycięstw z rzędu w Serie A. Jednak za sprawą Guillermo Giacomazziego to gospodarze mogli cieszyć się jednobramkowego zwycięstwa nad bardziej utytułowanym rywalem.
Palermo – Novara 2:0 Sycylijczycy nie dali żadnych szans beniaminkowi ligi włoskiej na wywiezienie korzystnego rezultatu z własnego stadionu. Oba gole dla gospodarzy zdobył Igor Budan, który dał wyraźny sygnał swojemu trenerowi, ze ten może również i na niego liczyć. Gola mógł zdobyć także Fabrizio Miccoli. Jednak po jego uderzeniu piłka zatrzymała się na słupku bramki strzeżonej przez Samira Ujkaniego. Warto dodać, że nawet gdyby futbolówka wylądowała w siatce rywali, to arbiter główny zasygnalizował pozycję spaloną byłego reprezentanta Włoch. Chievo – Lazio 0:3 Podopieczni Edoardo Reji pokonali Chievo Verona bez większych problemów. Dwukrotnie na listę strzelców wpisał się Miroslav Klose, który ma już włącznie 12 trafień w Serie A, co upewnia w przekonaniu, że ruch jaki podczas letniego mercato zrobił właściciel klubu, Claudio Lotito, był bardzo dobry. Natomiast pierwszego gola dla „Biancocelesti” zdobył Brazylijczyk Hernanes, który wykorzystał zamieszanie pod bramka rywali. Tym samym Chievo przedłuża okres gry bez zwycięstwa na własnym stadionie z Lazio. A trwa to już od 2002 roku. Genoa – Napoli 3:2 Prawdziwy festiwal bramkowy miał miejsce na Stadio Luigi Ferraris, gdzie Genoa podejmowała Napoli. Chociaż do przerwy gospodarze prowadzili 2:0 po golu Rodrigo Palacio i pierwszym trafieniu w nowym zespole Alberto Gilardino, to emocji w drugiej połowie nie zabrakło. Mimo że w 70. minucie swoje drugie trafienie w tym spotkaniu zanotował Palacio. W momencie gdy na plac gry wszedł Edinson Cavani wróciły małe nadzieje sympatyków gości na dobry wynik. Urugwajczyk zdobył gola po ładnym podaniu Maggio. Niektórzy na stadionie w Geniu nie zdążyli ochłonąć jeszcze po golu reprezentanta Urugwaju a już gola kontaktowego zdobył Ezequiel Lavezzi, który fantastycznie opanował piłkę i oddał strzał, po którym żadnych szans na udaną interwencję nie miał golkiper gospodarzy, Sebastien Frey. To jednak było wszystko na co było stać tego popołudnia podopiecznych Waltera Mazzarriego. Cesena – Atalanta 0:1 W meczu, w którym oba zespoły niewątpliwie walczą o byt wśród najlepszych włoskich drużyn z tarczą Stadio Dino Manuzzi opuszczali goście. Gol padł po dośrodkowaniu z prawej strony jednej z największych gwiazd w drużynie dowodzonej przez Stefano Colantuono prawoskrzydłowego Ezequiela Matiasa Schelotto. A futbolówkę do własnej bramki skierował Marco Rossi. Dzięki temu zwycięstwu „Nerazzurri” awansowali na trzynastą pozycję w tabeli Serie A.
sobota, 28 stycznia 2012
Juventus Turyn pokonał w meczu na szczycie 20. kolejki Serie A przed własną publicznością Udinese Calcio. Zwycięstwo 2:1 zapewnił Juventusowi napastnik Alessandro Matri, który w sobotni wieczór zdobył swoją ósmą i dziewiąta bramkę w lidze. Gola dla gości strzelił natomiast Antonio Floro Flores. W sobotni wieczór cały Półwysep Apeniński skupiony był na hicie 20. kolejki Serie A Juventus – Udinese. Gospodarze w meczu przeciwko dowodzonym przez Francesco Guidolina zawodnikom wystąpili w ustawieniu 3-4-1-2, w którym napastnikami byli Alessandro Matri oraz Fabio Quagliarella. Natomiast graczem podwieszonym między linią pomocy a linią ataku był Andrea Pirlo. Warto też odnotować, że na trybunach Juventus Arena mecz oglądał Serb Milos Krasić. Z kolei Udinese do Turynu wybrało się bez Diego Fabbriniego, Andrei Cody, Paulo Vitora Barreto oraz Giampiero Pinziego. Jak zwykle jednak w składzie znalazł się niezawodny Antonio Di Natale, który liczył na powiększenie dorobku bramkowego w spotkaniu ze „Starą Damą”. Tym razem partnerem najskuteczniejszego piłkarza w ataku „Zebrette” był Almen Abdi. Od samego początku warunki gry dyktowali gospodarze, którzy dążyli do tego, aby jak najszybciej objąć prowadzenie. Już w 2. minucie ładnym strzałem starał się zaskoczyć bramkarza rywali Estigarribia. Jednak uderzenie Paragwajczyka było niecelne. Goście swoją dogodną okazję do zdobycia gola mieli dopiero na początku drugiego kwadransa gry. Wtedy to na strzał zdecydował się Almen Abdi. Na listę strzelców się jednak nie wpisał. O ile strzał Szwajcara nie był specjalnie porywający, to o uderzeniu Armero chwilę później już nie można tego powiedzieć. Piękny strzał pomocnika Udinese skutecznie obronił Gianluigi Buffon i tym samym wynik meczu nie uległ zmianie. Podopieczni Antonio Conte mogli zdobyć gola także w 33. minucie spotkania. Ładnym podaniem Lichtsteinera obsłużył Fabio Quagliarella. Jednak defensywnie usposobiony zawodnik „Bianconerrich” pogubił się w całej sytuacji i gola w stolicy Piemontu kibice nie zobaczyli. Gdy wydawało się, że pierwsze trzy kwadranse rywalizacji trzeciej drużyny z pierwszą drużyną Serie A zakończą się bezbramkowym remisem, to po raz kolejny przypomniał o sobie Marcelo Estigarribia. 24-latek popisał się kapitalnym dośrodkowaniem na głowę Quagliarelli, który odegrał piłkę do Matriego, a napastnik 27-krotnego mistrza Włoch umieścił futbolówkę w siatce rywali i dał jednocześnie prowadzenie Juventusowi. W związku z tym pierwsza połowa meczu zakończyła się jednobramkowym prowadzeniem gospodarzy.
Druga odsłona lepiej się rozpoczęła dla gości. W 55. minucie meczu po podaniu Fabricio Isli bramkę wyrównującą stan meczu zdobył Antonio Floro Flores, który wszedł na plac gry w miejsce Almena Abdiego i zdobył swojego drugiego gola w obecnym sezonie Serie A. Po tym jak padł gol dla popularnych „Friulani” na roszadę w swoim składzie zdecydował się opiekun „La Vecchia Signora”. W miejsce Fabio Quagliarelli wszedł rekonwalescent Claudio Marchisio i był to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Niespełna pół minuty później 25-letni pomocnik wyróżnił się kapitalnym zagraniem w kierunku Alessandro Matriego. Z kolei napastnik Juventusu wygrał pojedynek z Damiano Ferronettim i wyprowadził swój zespół po raz drugi w tym spotkaniu na prowadzenie. Od momentu, kiedy to piłkarze ze stolicy Piemontu wyszli na prowadzenie 2:1, doszło do ich absolutnej dominacji. Zawodnicy gospodarzy dłużej utrzymywali się przy piłce i tworzyli sobie kolejne sytuacje bramkowe. Jednak nie przynosiły one zamierzonego efektu. Po jednej z takich akcji strzał, tyle że niecelny, oddał Andrea Pirlo. Do końca spotkania mimo że raz po raz z kontrą wychodzili jeszcze goście, to wynik się nie zmienił. Juventus Turyn zanotował zatem jedenaste zwycięstwo w Serie A, zapewniając sobie pozycję lidera także po zakończeniu wszystkich spotkań 20. kolejki ligi włoskiej. W inauguracyjnym spotkaniu 20. kolejki Serie A Catania Calcio zremisowała przed własną publicznością z Parmą 1:1. Gola dla gospodarzy zdobył Gonzalo Bergessio. Natomiast stan meczu wyrównał w końcowych fragmentach pierwszej połowy spotkania Francesco Modesto. Tylko jeden punkt dzielił oba zespoły przed rozegraniem spotkania 20. kolejki Serie A. Zarówno drużyna z Sycylii, jak i zespół dowodzony przez Roberto Donadoniego znajdują się w środku ligowej stawki. Ekipa z regionu Emilia-Romania w meczu przeciwko Catanii po raz kolejny został ustawiona przez swojego szkoleniowca z trzema defensorami i trzema napastnikami. W środku pola dzielić i rządzić mieli Galloppa i Morrone. Natomiast na bokach rozmieszczeni zostali Valiani i Modesto. Drużyna gospodarzy osłabiona stratą Maxi Lopeza, który przeszedł do Milanu, musiała także radzić sobie bez Sergio Almirona oraz Nicoli Legrottaglie. W wyjściowym zestawieniu znalazł się za to Francesco Lodi, który miał za zadanie niepokoić swoich rywali strzałami ze stałych fragmentów gry. Początek spotkania nie zwiastował dużych emocji. Piłkarze nie tworzyli akcji zaczepnych, które mogłyby tworzyć rzeczywiste zagrożenie pod jedną z bramek. Jednak wszystko to było do czasu. O ile pierwsze dwa kwadranse gry minęły bez rewelacji, o tyle ostanie piętnaście minut pierwszej części meczu były owocne zarówno w sytuacje podbramkowe, jak i przede wszystkim w gole. Pierwsi bramkę zdobyli gospodarze, którzy w 33. minucie meczu objęli prowadzenie. Bardzo ładnym podaniem popisał się Marco Biagianti. Natomiast na listę strzelców wpisał się Gonzalo Bergessio, który zdobył tym samym swoją czwartą bramkę w bieżącym sezonie ligi włoskiej. Chwilę po tym jak Argentyńczyk wyprowadził zespół Catanii na prowadzenie gola wyrównującego mógł zdobyć Sebastian Giovinco. Jednak tym razem najskuteczniejszy strzelec Parmy oddał niecelne uderzenie i mała grupa kibiców Parmy, która znajdowała się na Stadio Angelo Massimino, wyrażała swoje niezadowolenia jękiem zawodu. Na cztery minuty przed końcem regulaminowego czasu gry pierwszej połowy szczęścia uderzeniem z dystansu szukał jeszcze Paletta. Ale jego próba strzału okazała się niecelna. Determinacja gości w dążeniu do celu przyniosła zamierzony efekt w 43. minucie gry. Wtedy właśnie błąd defensywy Sycylijczyków wykorzystał Francesco Modesto, który oddał strzał zza pola karnego, po którym zmuszony do wyciągania futbolówki z własnej siatki był Andrea Campagnolo. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ już zmianie i na tablicy świetlnej widniał rezultat 1:1.
W drugiej odsłonie trenerzy obu drużyn skupili się na skorygowaniu składów. W związku z tym w miejsce Brandao na placu gry pojawił się nowy nabytek „Gialloblu”, Jonathan. Natomiast w zespole dowodzonym przez Vincenco Montellę w 65. minucie za Biagiantiego wszedł Delvecchio. Od około 70. minuty gra obu ekip znowu nabrała kolorytu. Drużyny ponownie zaczęły się starać zdobyć gola, który mógł być na wagę trzech punktów. Bliski euforii w 68. minucie był Gonzalo Bergessio, który oddał strzał głową. Jednak sytuację wyjaśnili defensorzy Parmy i cała akcja spaliła na panewce. Goście mieli okazję wyjść na prowadzenie na trzynaście minut przed końcem meczu. Wtedy strzał oddał Daniele Galloppa. Jednak precyzja uderzenia 26-latka nie była za pan brat z jego siłą i gola kibice zgromadzeni na stadionie nie zobaczyli. W 87. minucie meczu po ładnej kontrze strzał głową oddał Davide Suaza, który wcześniej pojawił na murawie. Tym razem jednak skutecznie interweniowali obrońcy Parmy. Trzy minuty później klarowną okazję do zdobycia bramki zmarnował z kolei Stefano Okaka-Chuka po stronie Parmy. Włoch w asyście jednego z piłkarzy Catanii oddał strzał, który minimalnie minął światło bramki. Ostatecznie spotkanie zakończyło się remisem 1:1. Inter Mediolan wygrał 205. Derby della Madoninna. Zrobił to tylko z malutką pomocą Wesleya Sneijdera. Można w związku z tym zadać teraz pytanie, czy to już ten czas, kiedy zakończyło się „coś” i zawodnik powinien zrobić krok dalej... Czy to już najwyższa pora, aby reprezentant Holandii, po tym jak szturmował Półwysep Iberyjski i Apeniński, powinien spróbować swoich sił na Wyspach Brytyjskich w zespole dowodzonym przez sir Aleksa Fergusona? Po derbowym meczu, gdy okazało się, że przynajmniej do 6 maja Mediolan będzie zdominowany przez „Niebiesko-czarnych” niewielu myślało o tym, iż Wesley Sneijder nie pomógł w tym triumfie podopiecznym Claudio Ranieriego. Zawodnik, który przez wielu powinien być uznany najlepszym piłkarzem mundialu w RPA, w derbach Mediolanu pojawił się na murawie dopiero w 76. minucie. Mimo że był gotowy do gry od pierwszej minuty, to większość spotkania przesiedział na ławce rezerwowych. Oczywistą oczywistością jest fakt, iż kontuzje w znacznym stopniu mają wpływ na przebieg kariery Sneijdera. Ale czy to nie jest znak z niebios, że należy szukać już innego miejsca do kontynuowania swojej piłkarskiej przygody? Każdy z nas ma niejednokrotnie myśli o tym, że chce dać z siebie więcej niż może. Stara się, nie śpi po nocach, pracuje. Wszystko tylko po to, aby ktoś docenił jego starania. Wydaje się, że z piłkarzem urodzonym w Utrechcie jest podobnie. Stara się, jednak chyba już coś się w nim wypaliło. Ma najlepszy dla piłkarza wiek – 28 lat – i stoi na rozdrożu. Pozostać w stolicy Lombardii, gdzie zdobył z Interem Mediolan wszystko, co się da, czy postawić sobie nowy cel i dążyć do jego zrealizowania.
W kraju, w którym przyszedł na świat, osiągnął wszystko, co mógł. Zdobył zarówno mistrzostwo Holandii z Ajaksem Amsterdam, jak i dwukrotnie z tym samym zespołem sięgnął po Puchar Holandii. Przygoda w Hiszpanii również była owocna w sukcesy dla Holendra, który z Realem Madryt zdobył mistrzostwo Hiszpanii i Superpuchar Hiszpanii. Jednak najwięcej Wesley Sneijder osiągnął, występując właśnie w koszulce Interu Mediolan. To właśnie z klubem ze stolicy miasta mody piłkarz wygrał Ligę Mistrzów i klubowe mistrzostwo świata. Jeśli dla kogoś to mało, to warto także dodać, że zawodnik zdobył z zespołem „Nerazurrich” mistrzostwo Włoch, dwukrotnie Puchar Włoch i Superpuchar Włoch. Pracowity jak mrówka, waleczny jak lew i wytrwały jak niedźwiedź w dążeniu do celu. Te cechy pozwoliły mu osiągnąć sukces, jakim było zdobycie srebrnego medalu na mistrzostwach świata w 2010 roku. Nie można nie dostrzec, że Inter jest teraz w formie, w jakiej nie był od dwóch miesięcy. Wszystko to za sprawą Claudio Ranieriego. Rodowity rzymianin stworzył drużynę na swój sposób i jak dotąd nie ma w niej miejsca dla Wesleya Sneijdera. Można oczywiście gdybać, że piłkarz jest już zdrowy i szybko wkomponuje się w nową koncepcję 60-letniego trenera i powróci ten dawny blask. W głębi duszy to jednak oszukiwanie samego siebie. Tak na dobrą sprawę miejsca w składzie nie potrafiło znaleźć Holendrowi dwóch poprzedników Ranieriego. Nie udało się to ani Leonardo, ani Gian Piero Gasperiniemu. I jak dotąd były szkoleniowiec AS Roma też tego nie potrafi zrobić. Obecny opiekun Interu skonstruował nową drużynę, w której powoli nie ma miejsca dla piłkarzy, którzy wygrali w 2010 roku Champions League. Nie ma już Eto’o, który gra sobie już w Rosji. Chivu został zastąpiony przez Nagatomo. Pandeva wygryzł ze składu Pazzini. Dziwne, że nadal wiodącą postacią w Interze Mediolan jest Javier Zanetti, ale to piłkarz, który jest żywą legendą klubu. Kto wie, może nawet kiedyś nowy stadion Interu Mediolan (o ile powstanie) będzie wzniesiony na jego cześć. W każdym razie Sneijder to piłkarz fenomen. I kto tak nie myśli, to jego sprawa, ale uboga zatem jest jego wiedza na temat piłki nożnej. Kogo by trener Interu Mediolan z obecnej kadry nie wpuścił na boisko, na pewno nie dałby mu tyle fantazji na boisku, ile może wlać reprezentant Holandii. Ponadto wychowanek Ajaksu Amsterdam to piłkarz, który ma wiele do zaoferowania przy egzekwowaniu rzutów wolnych. Trequartista przez duże T. Dla wielu ludzi numer 10 jest czymś wyjątkowym. Dla kibiców piłkarskich i obserwatorów tej dziedziny sportu numer ten jest wyznacznikiem bycia wielkim piłkarzem. Blask tego numeru prawie cały czas towarzyszy Sneijderowi, Występował w tym numerze w każdy zespole, którego barw bronił. Niewykluczone, że będzie mu dane wystąpić w czerwonej koszulce z takim numerem w najbliższym czasie. Pewne jest jednak to, że gdyby tak się w istocie stało, to wiele na tym wszystkim straciłaby liga włoska. Kiedyś zespół Babilon śpiewał piosenkę pod tytułem: „Po co to komu?”. Dziś to pytanie zadają sobie wszyscy kibice Juventusu Turyn, którzy nie rozumieją transferu Marco Borriello do swojego ukochanego klubu. Czy naprawdę to takie trudne do zrozumienia? Juventus Turyn wypożyczył Marco Borriello z Romy na zaledwie sześć miesięcy. Klub zastrzegł sobie oczywiście prawo do transferu definitywnego, ale czy z tego prawa skorzysta, to już sprawa drugorzędna. W zespole ze stolicy Piemontu przed przyjściem do klubu 29-letniego piłkarza było łącznie sześciu napastników. W tym Amauri, który mimo że nie gra, to wciąż pobiera swoją pensję. Zawodnik został odsunięty na boczny tor przez Antonio Conte i teraz stara się o niego Fiorentina, która szuka kogoś, kto pomoże jej zapchać dziurę po stracie Alberto Gilardino. Ponadto w składzie „Starej Damy” znajdują się Alessandro Del Piero, Alessandro Matri i Fabio Quagliarella, czyli piłkarze, którzy cały czas są w kręgu zainteresowań opiekuna 27-krotnego mistrza Włoch. Są także zawodnicy, których klub najchętniej by się pozbył i to natychmiast. W tym gronie, prócz wspomnianego Amauriego, są jeszcze Vincenzo Iaquinta oraz Luca Toni. Zatem słusznie została poruszona debata na temat sprowadzenia Borriello do Turynu. Bo jest to już kolejny zawodnik, który może przesiadywać mecze na ławce rezerwowych. Skoro Borriello w Romie nie umiał wygryźć ze składu Tottiego, Lameli i Osvaldo, natomiast z ławki najczęściej wchodził Bojan Krkić, to niby dlaczego miał sobie poradzić z reprezentantami Włoch? Ktoś powie, że „Juve” gra w tym sezonie niezwykle ofensywnie i na pewno tak wielu atakujących piłkarzy nie wpłynie w żadnym stopniu na małą liczbę rozegranych przez nich spotkań, tym bardziej że Juventus chce walczyć również o Coppa Italia. Jednak trzeba odnotować, że tak na dobrą sprawę „Biało-czarni” grają tylko jednym prawdziwym napastnikiem, który jest wspomagany skrzydłowymi w osobach między innymi Simone Pepe i Mirko Vucinicia.
Klub ze stolicy Piemontu zapłacił za Borriello około miliona euro. Jeśli zdecyduje się na transfer definitywny, będzie musiał dopłacić 8 milionów euro. Czy jest to słuszna inwestycja? Jak mówił Olaf Lubaszenko w polskiej komedii „E=mc²”: „trudno to tak prosto wytłumaczyć”. Są argumenty za i przeciw. Za urodzonym w Neapolu piłkarzem przemawia fakt, że potrafi dobrze zastawiać piłkę ciałem i umie znaleźć wspólny język z drużyną. Może to zatem sprawić, iż stanie się realną alternatywą dla numeru jeden w napadzie „Bianconerrich”, Alessandro Matriego, który jest obecnie najskuteczniejszym strzelcem w drużynie. Kolejnym plusem w związku z tą transakcją jest fakt, że Fabio Quagliarella to gracz, któremu przytrafiają się urazy, zatem Borriello będzie mógł dzięki temu wspinać się w hierarchii napastników „La Vechia Signora”. Piłkarz może też o wiele więcej zaoferować w grze fizycznej niż jego potencjalni rywale o miejsce w składzie. Przeciwnicy zawodnika mogą z kolei uznać, że skoro jest w Juventusie potrzebny piłkarz, który będzie umiał grać w powietrzu i będzie potrafił powalczyć z dobrze zbudowanymi defensorami, to dlaczego nie stawiać na Toniego? Zawodnik udowodnił w poprzednim sezonie, że te elementy ma opanowane niemalże do perfekcji. Wydawać się jednak może, że od czasu, gdy zawodnik w nocy z 31 października na 1 listopada 2011 roku stracił prawo jazdy, gdy wracał z zakrapianej imprezy, to wiele również stracił w oczach swojego szkoleniowca. W obecnym sezonie piłkarz nie zagrał w żadnym meczu ligowym. Marco Borriello z dużym prawdopodobieństwem nie będzie napastnikiem, który będzie grał od pierwszej minuty. Będzie graczem, który ma się odnajdywać w roli dżokera. Zawodnikiem, który będzie mógł wejść w 60. minucie meczu, w którym Juventusowi po prostu nie idzie, wykorzystać dośrodkowanie Andrei Pirlo i umieścić piłkę w siatce rywali. To, jakim piłkarzem jest Marco Borriello w ostatnim czasie, wyraźnie pokazują statystyki. W czasach gry w Genoi zawodnik zdobył dziewiętnaście goli. W Milanie siedemnaście razy wpisał się na listę strzelców. Powietrze stolicy Włoch chyba wychowankowi „Rosonerrich” nie służyło, bo zdobył zaledwie jedenaście bramek, aczkolwiek większość tych spotkań piłkarz rozegrał właśnie jako gracz wchodzący z ławki rezerwowych. W bieżącym sezonie Boriello na boisku spędził 207 minut. Jak dotąd gola nie zdobył, ale szansa może pojawić się już w spotkaniu turyńczyków przeciwko Cagliari Calcio, które napastnikowi odpowiada. W dwunastu rozegranych spotkaniach z zespołem z Sardynii piłkarz zdobył cztery gole i trzykrotnie popisał się asystą. Czy napastnik przypomni się zatem w najbliższy weekend selekcjonerowi reprezentacji Włoch? Nie jest tajemnicą, że Cesare Prandelli wciąż liczy na Borriello. Piłkarz ma cechę, której nie posiada żaden z dotąd powoływanych przez Prandellego zawodników – świetnie gra głową. Musi jednak zacząć to udowadniać. Przed zawodnikiem zatem nie lada trudne zadanie. Musi przekonać do siebie wrogo nastawionych kibiców, selekcjonera reprezentacji, opiekuna zespołu i sam także musi wierzyć, że jest w stanie jeszcze coś zwojować w zawodzie piłkarza. Na włoskie warunki ma zaledwie 29 lat, więc sporo gry jeszcze przed nim. Od niego tylko zależy, czy będzie to gra polegająca na odrywaniu kuponów czy pobijaniu rekordów – jak robi to chociażby Antonio Di Natale z Udinese Calcio. Warto odnotować, że Juventus Turyn pozwolił sobie na ciekawy ruch w czasach, gdy wszyscy narzekają na kryzys. Kluby Serie A szukają napastnika do pierwszego zespołu, a „Stara Dama” szukała zawodnika, który ma być alternatywą dla podstawowego napastnika. Wypożyczony z Romy piłkarz nie musi zatem wiele grać. Ma być skuteczny – tylko tyle, a może aż tyle? Pewne jest jednak to, że zyskać na tym może Juventus, a niekoniecznie sam zawodnik. Bo jeśli gole będą padały, to „Juve” i Borriello będą zadowoleni. Tifosi prawdopodobnie też zapomną o tym, iż kiedyś Borriello odrzucił ofertę Juventusu. Jeśli bramek nie będzie, to zawodnik pożegna się z Turynem. Decydenci „Starej Damy” nie przeleją na konto Romy żadnej kwoty i po wychowanku Milanu w Turynie pozostanie tylko echo. Euro 2012 już niebawem. Polscy kibice, zamiast cieszyć się z tego, że czeka ich prawdziwe święto futbolu, martwią się, czy będą mogli obejrzeć na żywo mecz swoich pupili. Główną przyczyną tego stanu rzeczy są określone reguły związane z dystrybucją wejściówek na europejski czempionat. Swoje trzy grosze dorzucił do tego wszystkiego PZPN, który tworząc sztuczny twór, jakim jest Klub Kibica Reprezentacji Polski, dał niepotrzebną nadzieję wielu ludziom, którzy płacąc 32 złote za plastik, nabijają portfele szarej eminencji polskiego futbolu. Idea powstania tego tworu była naprawdę dobra. Miała zostać stworzona centralna baza danych kibiców, którzy chodzą na mecze reprezentacji Polski. Wszystko powstawało w trakcie nagonki związanej z wybrykami kiboli na stadionach piłkarskich. W związku z tym logicznym posunięciem wydawało się powstanie czegoś, co w klubach T-Mobile Ekstraklasy czy pierwszej ligi już funkcjonuje i się sprawdza. Jednak działacze PZPN postanowili na tym zarobić. I to porządnie.
Warto się nad tym zastanowić. Zakładając, że 44 tysiące Polaków zakupiło już tę kartę, na konto PZPN przelana została kwota 1 400 000 złotych. Kwota, którą pewnie nawet Józef Wojciechowski by nie pogardził. Ale na co zostanie przeznaczona taka suma pieniędzy? Na siedzibę związku nie, ponieważ tę zasponsoruje UEFA. Na stadion narodowy też nie, bo tym już się tym zajęło Narodowe Centrum Sportu, czyli spółka Skarbu Państwa, powołana przez Ministerstwo Sportu i Turystyki. Może zatem w budowę nowych orlików zainwestuje PZPN? Kolejne pudło, bo za to też odpowiada resort, którym zarządza minister Anna Mucha. 12 grudnia ruszyła ostatnia szansa kupna biletu na Euro 2011. Okazja na zakup upragnionej wejściówki potrwa do 29 lutego 2012 roku. Wtedy to z 16-procentowej puli zostaną wytypowane osoby, który będą szczęśliwymi posiadaczami przepustki na mecz. Jednak w przypadku, gdy zgłoszeń będzie więcej, aniżeli biletów - co jest wielce prawdopodobne - o tym, kto otrzyma wejściówkę, zadecyduje specjalne losowanie, które przeprowadzi nie PZPN, który pobrał opłatę 32 złotych, a UEFA.
środa, 18 stycznia 2012
Piast Gliwice to drużyna, która od czasu, kiedy gra na nowym stadionie, wzbudza wielkie zainteresowanie nie tylko śląskich mediów. Najpierw klub ten na świeczniku pojawił się, gdy odmówił sprzedaży praw telewizyjnych stacji Orange Sport, która relacjonuje spotkania pierwszej ligi piłkarskiej. Natomiast teraz o klubie z Górnego Śląska zrobiło się ponownie głośno w związku z ponowną ofertą kupna akcji klubu przez niejakiego Rüdigera Bernatka. Sprawa ta po raz pierwszy ujrzała światło dzienne jeszcze w poprzednim roku, kiedy to 47-letni przedsiębiorca podatkowy złożył po raz pierwszy zapytanie odnośnie do kupna większościowego pakietu akcji Piasta Gliwice. Jednak wtedy władze miasta szybko podziękowały za złożoną ofertę i wydawało się, że pan Rüdiger Bernatek odpuści sobie klub, który był dwukrotnie finalistą piłkarskiego Pucharu Polski. Mający licencję pośrednika piłkarskiego niemieckiego związku futbolowego Niemiec jednak nie daje za wygraną. Wygląda to poniekąd tak, jakby to skrępowany facet miał opory w poderwaniu atrakcyjnej kobiety i nie wiedział, co ma z tym fantem dalej zrobić. Tym skrępowanym facetem w tym przypadku jest naturalnie miasto, któremu pochlebia zainteresowanie człowieka z obcym kapitałem, mającego jednocześnie dalekosiężne plany wobec gliwickiego klubu, ale ma opory, aby przyjąć tę ofertę. I chyba słusznie. Potencjalny inwestor jest skłonny zainwestować w Piasta 22 miliony złotych, które miałyby pozwolić funkcjonować klubowi nawet przez trzy lata. Podczas tych trzech lat w Gliwicach wiele miałoby się zmienić, i to podobno na plus. Z „Piastunkami” miałby zacząć współpracować Petar Segrt, który swego czasu był w sztabie szkoleniowym reprezentacji Niemiec dowodzonej przez Joachima Löwa. Miałby on odpowiadać za szkolenie w Piaście. Ponadto przedsiębiorca chciałby traktować na równi zaplecze młodzieżowe Piasta, jak i pierwszą drużynę. Mogłoby to oznaczać nie tylko rozwój dla samych piłkarzy, ale i rozwój dla młodych trenerów, którzy mogliby się sprawdzić w pracy w dogodnych warunkach i za godziwe pieniądze. Pachnie Zachodem, jednak zagłębiając się głębiej w tę sprawę, należy się zastanowić, czy rzeczywiście poważny biznesmen działa w taki sposób, ze najpierw wysyła wszelakie pisma na temat swoich planów do mediów, a dopiero później kieruje się do osób decyzyjnych? Jest to po pierwsze niepoważne, po drugie nieeleganckie, a po trzecie kontrowersyjne.
Kontrowersyjne dlatego, że coś na całej inwestycji Niemiec chce najwyraźniej ugrać. Tort, który mógłby otrzymać za kwotę 4,8 mln euro, miałby być tylko deserem. To, na czym tak naprawdę zależy w gruncie rzeczy doradcy podatkowemu, pozostaje jak na razie jego słodką tajemnicą. Może chodzi o kupno jakiejś ziemi w Gliwicach, która może dać inwestorowi poważne zabezpieczenie finansowe na wypadek źle zainwestowanych pieniędzy? Trudno określić. Ktoś może powiedzieć, że to tylko punkt zaczepny autora tekstu, a facet stara się pomóc zasłużonemu klubowi. Czy aby na pewno? Skoro jest doradcą, to ma już z natury w sobie między innymi takie cechy, jak dar przekonywania oraz wytrwałość w dążeniu do celu. Na ile zatem wystarczy sił władzom miasta, aby odpierać ataki kupna klubu przez enigmatycznego Niemca? Wiele kwestii przedstawionych przez pana Bernatka w liście jest naprawdę interesujących i działa na wyobraźnię. Warto odnotować, że władze Piasta przedstawiły ostatnio informację, że klubowy budżet ma deficyt miliona złotych. Zatem ta dziura mogłaby być szybko załatana pieniędzmi Niemca. Jednak czy w tym wszystkim naprawdę kasa jest najważniejsza? Śląskie kluby mają to do siebie, że posiadają historię i tradycję, których nie można kupić. Fajnie, że ktoś się zainteresował takim klubem jak Piast i chce coś zrobić dla dobra klubu. Jednak problemem dla pana Bernatka jest fakt, że Piast ma też szczęście, że jest w Gliwicach. Gliwice to jedno z nielicznych miast w Polsce, które dba o sport. Gdyby wszystkie miasta w Polsce robiły to na takim poziomie, jak robią to w Gliwicach, to nie trzeba by się zastanawiać, czy zalegalizować i opodatkować marihuanę, aby wzrósł produkt krajowy brutto, dzięki czemu znalazłyby się potrzebne środki na wspieranie polskiego sportu. Najlepszym tego potwierdzeniem jest fakt, że klub z Gliwic dostał właśnie zastrzyk gotówki od miasta w postaci dotacji w wysokości 5,5 miliona złotych. I co jest w tym wszystkim najlepsze, to ta suma jest przeznaczona tylko na półrocze. W środku lata klub będzie mógł się starać o kolejną dotację. – Dla tych wszystkich, którzy mieli negatywną opinię o roli i związkach miasta z naszym klubem, to jest najlepszy dowód w sprawie. Jest to argument, który powinien zamknąć usta nawet najbardziej zacietrzewionym, fundamentalnie okopanym przeciwnikom modelu funkcjonowania naszego klubu. Fakty są porażające – skomentował wsparcie klubu przez miasto Józef Drabicki, prezes Piasta Gliwice.
niedziela, 18 grudnia 2011
W jednym z ostatnich meczów 16. kolejki Serie A Napoli przegrało z Romą 1:3. Gole dla trzykrotnych mistrzów Włoch zdobyli De Sanctis po samobójczym trafieniu, Osvaldo i Simplicio. Natomiast honorową bramkę dla gospodarzy strzelił Marek Hamsik. Spotkanie nie mogło się lepiej rozpocząć dla rzymian. Już po upływie trzech minut na tablicy świetlnej widniał rezultat 0:1. Fantastycznym dryblingiem po lewej stronie boiska popisał się Erik Lamela, który minął z dziecinną łatwością Paolo Cannavaro, po czym dośrodkował piłkę w pole karne. Tam złapać futbolówkę w ręce starał się Morgan De Sanctis, jednak zrobił to tak nieudolnie, że wleciała ona do bramki i to podopieczni Luisa Enrique niespodziewanie szybko objęli prowadzenie. Gospodarze mogli się odwdzięczyć swoim adwersarzom pięknym za nadobne w 14. minucie. Wtedy to ładnym, prostopadłym podaniem w kierunku Maggio popisał się Ezequiel Lavezzi, lecz strzał tego pierwszego pewnie złapał Maarten Stekelenburg i cała akcja spaliła na panewce. W pierwszym kwadransie strzałów nie było zbyt wiele, wręcz przeciwnie. W posiadaniu piłki przeważała drużyna gości, która zmuszała tym samym neapolitańczyków do bieganie za piłką, co niejednokrotnie było przyjmowane z niezadowoleniem przez kibiców zasiadających na stadionie San Paolo. Około 20. minuty doszło do niemałego oblężenia pola karnego Romy. Było to spowodowane najpierw rzutem wolnym, a później wznawianiem piłki z narożnika boiska. Jednak nie przyniosło to efektu w postaci gola dla zespołu gospodarzy. Warto też odnotować, że strzał zza pola karnego oddał na zakończenia całej tej sytuacji Gokhan Inler, lecz piłka po tym uderzeniu minimalnie minęła światło bramki. Nieprawdopodobną okazję do wyrównania stanu meczu w 24. minucie zmarnował w sobie tylko znany sposób Marek Hamsik. Reprezentant Słowacji miał piłkę wyłożoną jak na tacy, wystarczyło umieścić ją w pustej bramce, ale po uderzeniu Słowaka futbolówka przeleciała nad bramką. Piętnaście minut przed końcem regulaminowego czasu gry bardzo ładnym strzałem wyróżnił się Christian Maggio, aczkolwiek na posterunku stał bramkarz „Giallorossich” i wynik nie uległ zmianie. Napoli coraz łatwiej dochodziło do klarownych okazji bramkowych. Trzy minuty potem szansę na pokonanie strzegącego bramki Romy Stekelenburga miał Ezequiel Lavezzi. Tym razem jednak po stronie Holendra był słupek, który uratował prowadzenie stołecznej drużynie. Do końca pierwszej części spotkania wynik meczu nie uległ zmianie i na przerwę w lepszych nastrojach schodzili goście. Na drugą połowę podopieczni Waltera Mazzarriego wyszli do zmasowanego ataku. Gospodarze chcieli jak najszybciej zdobyć gola wyrównującego. Pięć minut po przerwie po krótko rozegranym rzucie rożnym i dośrodkowaniu w pole karne popularni „Azzurri” mogli doprowadzić do remisu, jednakże cała akcja była przekombinowana i defensorzy Romy szybko sobie ze swoimi przeciwnikami poradzi i oddalili niebezpieczeństwo spod własnej bramki. Piłkarze Napoli dwoili się i troili, aby zdobyć gola. W 54. minucie ładne podanie Marka Hamsika z prawej strony boiska zmarnował z kolei Argentyńczyk Ezequiel Lavezzi, który nie zdążył dobiec do piłki i z opresji skutecznie wyszedł po raz kolejny bramkarz drużyny ze stolicy Włoch. Szkoleniowiec gospodarzy, widząc z ławki rezerwowych, co się dzieje, postanowił szybko zadziałać. Za bardzo aktywnego tego wieczoru argentyńskiego skrzydłowego, Ezequiela Lavezziego, wprowadził Gorana Pandeva. Macedończyk nie zdążył jeszcze tak na dobrą sprawę zadomowić się na boisku, a już musiał mieć powody do zmartwień. W 59. minucie błysk geniuszu pokazał „Il capitano” w osobie Francesco Tottiego, który obsłużył Pablo Osvaldo fenomenalnym podaniem, a ten zdobył tym samym swoją szóstą bramkę w obecnych rozgrywkach ligi włoskiej, wyprowadzając jednocześnie swój zespół na dwubramkowe prowadzenie. W 71. minucie sprawy w swoje nogi starał się wziąć Edinson Cavani. Reprezentant Urugwaju zdecydował się na indywidualną akcję, po której oddał mocny strzał w kierunku bramki, jednak minimalnie chybił i stadion św. Pawła obiegł tylko jęk zawodu. Warto odnotować, że chwilę wcześniej ten sam zawodnik próbował pokonać bramkarza swoich rywali strzałem głową, lecz z podobnym efektem. Sygnał do odrabiania strat dał gospodarzom na osiem minut przed końcem meczu Marek Hamsik. Pomocnik Napoli zrehabilitował się za zmarnowaną szansę z pierwszych trzech kwadransów i pewnym mocnym uderzeniem zdobył gola kontaktowego. Gdy nadzieje na korzystny wynik w Neapolu odżyły, to szybko dali o sobie znać piłkarze z Rzymu. W doliczonym czasie gry wynik spotkania na 3:1 ustalił Fabio Simplicio, który uciszył całkowicie stadion w Neapolu. Ostatecznie piłkarze Romy po trzech latach impasu zdołali zdobyć stadion w Neapolu i pokonali miejscowe Napoli 3:1. Zwycięstwo to wywindowało zespół dowodzony przez Luisa Enrique na dziesiątą pozycję w tabeli Serie A. Natomiast „Partenopei” coraz bardziej oddalają się od czołówki i na obecną chwilę znajdują się już na szóstym miejscu, ponieważ po niedzielnych spotkaniach zespół z Kampanii został wyprzedzony przez Inter Mediolan. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
CZĘSTO ZAGLĄDAM
EURO 2012
INFORMACJE PIŁKARSKIE
MUNDIAL 2010
KONTAKT
trwa ladowanie...naszyjniki
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||