ŁUKASZ PAWLIK O PIŁCE I O TYM CO SIĘ WOKÓŁ NIEJ KRĘCI, TOCZY I ZAWIJA...
wtorek, 30 lipca 2013

Łukasz Piszczek to zawodnik, na którego polska reprezentacja oraz Borussia Dortmund niezwykle liczą. Niestety obecnie piłkarz ten zmaga się z rehabilitacją po operacji biodra i jego powrót na boisko spodziewany jest dopiero za kilka miesięcy.

Połowę poprzedniego sezonu Łukasz Piszczek rozegrał na środkach przeciwbólowych, albowiem kontuzja biodra i odkładana operacja mocno utrudniły mu występy na boisku. Po zakończeniu rozgrywek piłkarz poddał się operacji i niestety okazało się, że kilkumiesięczne prognozy lekarzy mogą się przedłużyć nawet do końca roku. W takiej sytuacji może istnieć zagrożenie, że zawodnik będzie miał najbliższy sezon z głowy.

Kibice BVB oraz naszej reprezentacji mogą mieć słuszne obawy co do formy polskiego obrońcy po jego powrocie na boisko. Choć jest to niezwykle sumienny i pracowity zawodnik, to jednak pół roku bez piłki może mieć spory wpływ na jego formę. Strata takiego zawodnika jest teraz dla trenera BVB sporym zmartwieniem i szukane są wzmocnienia drużyny właśnie na pozycji prawego obrońcy. 

Zdecydowanie Łukasz Piszczek jest uznawany obecnie za jednego z najlepszych prawych obrońców na świecie. Nie tylko potrafi skutecznie powstrzymywać rywali, czego dowodem było chociażby zneutralizowanie Cristiano Ronaldo w Lidze Mistrzów, lecz także potrafi znakomicie podłączyć się do akcji ofensywnych. Gdy w roku 2010 przechodził do Borussii Dortmund, wszyscy skazywali go na ławkę, a tymczasem Łukasz Piszczek stał się jednym z najlepszych piłkarzy BVB, od którego zapewne niejeden raz Jürgen Klopp rozpoczyna wybór meczowej 11.

środa, 05 czerwca 2013

Za piłkarskimi kibicami w Polsce spotkanie towarzyskie z Liechtensteinem. Mecz ten miał uspokoić fanów Biało-czerwonych przed starciem z Mołdawią, które rozegrane zostanie w najbliższy piątek. Jednak jak się okazało jest po nim więcej wątpliwości, niż optymistycznych akcentów. Kibice skupili się na pożegnaniu Jerzego Dudka i mecz oceniają głównie pod tym kątem. Tymczasem dziennikarze lamentują i robią antyreklamę podopiecznym Waldemara Fornalika. W związku z tym na łamach Goal.pl również postanowiliśmy pokusić się o komentarz do tego meczu.

Nie ma co ukrywać, że spotkanie z zespołem z 35 tysięcznego księstwa nie zachwyciło, ale zachwycić chyba nie mogło. Kto śledził w ostatnim czasie rozgrywki T-Mobile Ekstraklasy, to wie jak polscy piłkarze grają w tragicznych warunkach atmosferycznych. A takie miały miejsce w Krakowie. Uciążliwie padający deszcz niszczył jak mógł murawę i chęci fanów na pojawienie się na obiekcie Cracovii w celu dopingowania Lewandowskiego i spółki. W ostatecznym rozrachunku kibiców na trybunach pojawiło się około dziewięć tysięcy. Reszta fanów wolała zaplanować sobie seans przed telewizorem wsłuchując się w ocenę boiskowych wydarzeń, w których brylowali Mateusz Borek lub ewentualnie Dariusz Szpakowski.

Kogo by Polski kibic nie wybrał jako sprawozdawcę tego spotkania, to i tak nie byłby w stanie oglądać rywalizacji w różowych okularach. Optymistycznym akcentem mogłaby być z pewnością aktywność Kamila Grosickiego. Co prawda wiele jego zagrań było pozbawionych precyzji. Niemniej fantazji w pierwszej części gry zawodnikowi nie brakowało i był jednym z nielicznych polskich piłkarzy, który robili przewagę w grze. Przez pierwszy kwadrans meczu – zachowując naturalnie wszelkie proporcje – był to taki reprezentacyjny Ronaldo, przez którego nogi przechodziła każda akcja ofensywna. Gracza tureckiego Sivassporu próbował wspierać  Adrian Mierzejewski, lecz w gruncie rzeczy z jego starań nie wiele wynikało.

Jakie nastroje kibice będą mieć po meczu z Mołdawią?

Może niektórych czytelników poniższe stwierdzenie rozbawi, ale przed meczem z Mołdawią selekcjoner reprezentacji miał przetestować formacje defensywną, która mogłaby rywalizować w meczu o być albo nie być w aspekcie gry na mundialu w Brazylii. Stara piłkarska prawda mówi, że drużynę buduje się od tyłu. Najwyraźniej nie według wszystkich. Wiadomo, że z powodów zdrowotnych były opiekun Ruchu Chorzów nie mógł skorzystać z takich zawodników jak: Glik, Celeban, Kowalczyk, Perquis i Piszczek. Jednak dlaczego wśród postronnych obserwatorów pojawił się taki lament, skoro z wyjściowej jedenastki wykluczonych jest praktycznie tylko dwóch piłkarzy? Z kolei o tym, że zawodnik Borussii Dortmund nie wystąpi w czerwcowym meczu wiadomo było już od kilku miesięcy. Zatem nic nadzwyczajnego się nie stało. Tragedia to by była jakby Łukaszowi Piszczkowi przytrafiła się taka kontuzja jaką niegdyś przechodzili Włodzimierz Lubański czy Marek Citko.

Runda wiosenna pokazała, że w osobie Bartosza Bereszyńskiego możemy szukać następcy dla Łukasza Piszczka na prawej stronie obrony. Kto wie, może zawodnik będzie kiedyś alternatywą dla wychowanka LKS-u Goczałkowice-Zdrój w zespole z Westfalii. Dalej linie obrony w meczu przeciwko Mołdawii powinni uzupełnić Komorowski, który swoim stylem gry bardzo przypominał Kamila Glika. Jego partnerem na środku obrony powinien być Artur Jędrzejczyk. Natomiast na lewej stronie obrony póki co nie ma konkurencji Jakub Wawrzyniak.

To co powinno przykuć uwagę wszystkich widzów w piątkowym meczu z  zespołem dowodzonym przez Iana Carasa to gra środkowej formacji. Niektórzy się śmieją, że jedną z najlepszych formacji jaką polscy reprezentanci stworzyli w meczu z Liechtensteinem był szpaler dla Jerzego Dudka. Jednak nie można zapominać, że właśnie na linii pomocy opierać się ma ciężar gry z ekipą z historycznej Basarabii. Wiele pozytywnych opinii po swoim debiucie zebrał Piotr Zieliński. Jednak czy to zawodnik, na którego barkach ma spoczywać dobro reprezentacji to dosyć śmiało postawiona teza. 

Można przypuszczać, że w meczu z Liechtensteinem również inny zawodnik reprezentujący na co dzień klub Serie A – Rafał Wolski, również zrobiłby różnice na boisku. Zawodnicy, którzy są dobrze wyszkoleni technicznie nie mają problemów, aby ograć zawodników drużyny, która zajmuje 148 miejsce w rankingu FIFA. Spektakularnym stwierdzeniem nie będzie, że każdy polski zawodnik indywidualnie o klasę przewyższa piłkarzy z takich krajów jak Liechtenstein czy Mołdawia. Nie należy jednak zapominać, że piłka nożna to gra zespołowa, w której liczy się przede wszystkim współpraca. A skąd można wiedzieć jak będzie się układała współpraca Piotra Zielińskiego ze szkieletem zespołu, którym są Jakub Błaszczykowski i Robert Lewandowski? 19-letni zawodnik ma umiejętności do gry na wielkim poziomie. Jednak póki co poczynania ofensywne podopiecznych Waldemara Fornalika są oparte na barkach kapitana reprezentacji. Trudno zatem przypuszczać, że selekcjoner reprezentacji, który jest znany ze swojej ostrożności postawi w meczu o wszystko na pięciu ofensywnie usposobionych piłkarzy, bo mało prawdopodobne wydaje się, że były piłkarz Zagłębia Lubin zluzowałby w wyjściowym zestawieniu Adriana Mierzejewskiego.

Jak potoczy się mecz z Mołdawią trudno przewidzieć. Przeciwko polskiej reprezentacji są fakty, które jasno podają, że Biało-czerwonym nie układa się gra w czerwcu. Oliwy do ognia dodają też statystyki, które jasno obrazują, że piłkarze Ukrainy i Czarnogóry też nie mieli łatwo z Mołdawianami. Sprawa jest jednak prosta w Kiszyniowie reprezentacji Polski musi wygrać. Mało istotny jest styl, ważny jest końcowy efekt. Bo gdyby się nie udało zgarnąć trzech punktów, to wszyscy będziemy musieli się pogodzić  z obrazem sytuacji, który miał miejsce przed Euro 2012, gdzie polscy piłkarze grali tylko i wyłącznie mecze bez stawki. A czy polski kibic jest w stanie takie coś przetrwać?

środa, 17 października 2012

Znowu się zaczęło. Cała nagonka ruszyła niczym kolejka w wesołym miasteczku. Na Futbolnet jadą po Fornaliku – odziwo tam zaczęło się jeszcze przed meczem z Anglią. Weszło – klasycznie, bo kozła ofiarnego upatrują w rzecznikach prasowych. Padło na rzeczniczkę PZPN-u oraz Narodowego Centrum Sportu. W iGolu kompletna klapa. Mało tego, że nie ma nic o meczu Polska – Anglia, to na stronie głównej znalazł się tekst z cyklu Futbol jest wielki i chociaż całkiem fajny, to jednak zupełnie nie na czasie. Z całym szacunkiem, ale jako można opublikować tekst o takiej tematyce w czasie, gdy kadra miała grać swój mecz eliminacyjny. Czy w tej redakcji mają jeszcze jakieś priorytety?

Tyle się działo w ostatnich godzinach. A w sumie nikt o tym nie pisze tak jakby tego oczekiwano. Wszędzie tylko ogólniki, które czytelnikowi robią wodę z mózgu. Jasne można się ponabijać z dziennikarzy, którzy parę razy mówili jakieś głupoty, ale samemu to najlepiej nic nie robić. Tak jest najłatwiej. Można naturalnie zwrócić uwagę na kibiców-biegaczy, którzy wtargnęli na murawę i uspokoili troszkę skonsternowanych fanów, którzy stracili swój czas na Stadionie im. Kazimierza Górskiego, do tego przemokli do suchej nikt, a meczu i tak nie zobaczyli. Ale nie można z tego tworzyć najważniejszego newsa na stronę. No chyba, że faktycznie po jakimś drafcie Ci biegacze znajdą miejsce w zespole NFL.

Etyka dziennikarska podpowiada, aby poruszyć temat o kibicach. Większość ludzi, którzy udali się na wtorkowy mecz zrazi się do reprezentacji – bynajmniej na jakiś czas. Nie jest żadną tajemnicą, że duża część widowni na stadionie to ludzie, którzy chcieli zobaczyć z bliska w akcji takie tuzy światowego futbolu jak Rooney w ataku „Synów Albionu” czy Hart w bramce wyspiarzy, ale nie było im to dane. Jeszcze nie… Zobaczyli natomiast kabaret, do którego nikt nie chce się przyznać.

Dach wtedy kiedy miał być otwarty był zamknięty. Gdy miał być zamknięty, to był otwarty. Ot taki sobie polski paradoks, ale dodajmy, że nie tylko u nas takie rzeczy się dzieją. Na Wyspach Brytyjskich też coś o tym wiedzą, bo mieli podobny problem w czerwcu, gdy rozgrywany był tam Wimbledon. Nie pamięta wół jak cielęciem był aż chce się wykrzyczeć. W każdym razie to wszystko tak poplątane jak sprawa z Amber Gold i chęci doczłapania się do koryta najbardziej lubianej instytucji w Polsce, czyli Urzędu Skarbowego.

Ze stołecznym obiektem ogólnie jest coś nie tak. Choruje na coś tylko nie wiadomo na co lub na kogo. Inwestycja znacznie przewyższająca pierwotne założenia. Ponadto nieodbyte mecze. Mieli grać na tym stadionie Niemcy i nie zagrali, teraz mieli Anglicy i również się nie udało. Miał być mecz o Superpuchar Ekstraklasy pomiędzy Legią i Wisłą i także się nie odbył. W stolicy jest obiekt funkcjonalny, który nadaje się do wszystkiego tylko nie do piłki nożnej. Można było na nim kupić elegancką koszulę albo skarpety, być może postawiona zostanie tam skocznia narciarska i swoje dalekie skoki na niej będzie miał Kamil Stoch, ale do piłki ten obiekt się nie nadaje i już. Miał kilka prób i je zmarnował. Tak się zastanawiam jaką to krzywdę pośmiertnie wyrządzono wielkiemu trenerowi, że stadion ten nazwano jego nazwiskiem. 

Nawet jeśli mecz podopiecznych Fornalika z Gerardem i spółką się odbędzie w innym terminie, to niczego tak naprawdę nie zmieni, bo niesmak całej tej sprawy pozostanie. Inna kwestią pozostaje fakt, że szkoda, iż Polacy, czyli Ci, którzy mieli decydujące prawo głosu o zmianie terminu spotkanie w całej sprawie nie ruszyli dupska i się nie odezwali tylko milczeli jak niemowy. Co z tego, że o tym czy mecz się odbędzie czy nie decyduje FIFA czy jakieś tam UEFA. Przecież to przysłowiowe Fantomasy! Dlaczego My Polacy musimy zawsze ustępować, czy nam ktoś ustępuje? Jak wojewoda mazowiecki czy policja nie wydadzą zgody na organizację imprezy masowej, to co nas wszystkich obchodzić będzie decyzja UEFY czy FIFY do cholery...

A bo Anglia nie może rozegrać tego meczu w innym terminie. Wiecie co – gówno mnie to obchodzi, jak nie zagrają w innym terminie dostana walkowera i tyle w tym temacie. Z kolei nasza strona organizacyjna znowu musi być postawiona na nogi. Po pierwsze trzeba zrobić coś z murawą, która i tak się nie będzie nadawała się do gry. Ponadto co z kibicami, którzy przyjechali do Warszawy tylko na mecz Polska – Anglia. Co z drogami w Warszawie, które pewnie będą blokowane w godzinach szczytu - przed meczem, który jest zaplanowany na środę na 17. To czas wzmożonego ruchu na ulicach. Policja będzie miała więcej pracy, ale pencja im od tego nie wzrośnie.

Co z biletami dla ludzi, którzy je wyrzucili. Ci już na mecz Polska – Anglia nie wejdą? Dlaczego żadne medium nie zadaje takich pytań, to są sprawy, które warto poruszyć. A nie pisać tylko kompromitacja i robić opis tego co było. My w Polsce jesteśmy narodem zmanipulowanym czy ktoś tego chce czy nie. Ludzie nie mają własnego zdania i nie potrafią czytać ze zrozumieniem, ale kogo to obchodzi. Każdy się tym interesuje tylko, gdy są wyniki matur i się okazuje, że 1/5 maturzystów nie dała rady napisać swojej pracy na wymagane 30%. Wtedy to jest temat na topie. A tak to liczą się wojny polityków, lub popier….na Katarzyna W. To co w tym kraju na swojej antenie powiedzą dziennikarze TVN 24, TVP, RMF FM czy Radia Maryja jest dla wielu świętością. Czy to się da zmienić?

środa, 10 października 2012

Za nami już siedem kolejek Serie A, selekcjoner „Squadra Azzurra” miał więc sporo materiału do przemyśleń przed kolejnymi meczami eliminacji do mistrzostw świata, które w 2014 roku będą rozgrywane w Brazylii. W pierwszych wrześniowych starciach kwalifikacyjnych podopieczni Cesare Prandellego uciułali zaledwie cztery oczka. Delikatnie rzecz ujmując – jak na wicemistrzów Europy z pewnością nie jest to wynik powalający na kolana. W związku z tym inny scenariusz niż komplet punktów w spotkaniach z Armenią oraz Danią jest nie do przyjęcia dla wymagających kibiców reprezentacji Italii na Półwyspie Apenińskim. Tym razem postanowiliśmy w punktach wyszczególnić to, co dobre i złe w zespole czterokrotnych mistrzów świata.

Taktyka jest okej?

Wielu z was czytających te wypociny może uznać, że wymyślenie taktyki na mecz z Armenią jest tak proste jak ubicie kogla-mogla z kilku jajek. Jednak jeśli się dobrze przyjrzeć kadrze z Kaukazu Południowego, to wbrew pozorom nie musi to być takie trywialne, jak wygląda na pierwszy rzut oka. Plusem powołanej przez Prandellego drużyny jest to, że kilku graczy jest w naprawdę dobrej formie. Przynajmniej taki wniosek można wysunąć po kilku ostatnich pojedynkach, co dostrzegają również włoscy żurnaliści. Andrea Ranocchia jest chyba w najlepszej dyspozycji od kilku miesięcy. Chociaż nie można brać pod uwagę derbów Mediolanu, bo akurat ten mecz zawodnikowi Interu nie wyszedł. Aczkolwiek powołanie trafiło do obrońcy „Nerazzurrich” jeszcze przed starciem, więc my również oceniamy wcześniejsze spotkania. W nich zawodnik grał dobrze, aby nie powiedzieć, że bardzo dobrze, na tle swoich kolegów z zespołu.

Oprócz wychowanka Perugii w ostatnim czasie głośno zrobiło się także o „Faraonie”. Nie o tym, którego znacie z egipskich piramid, ale o tym, którego kojarzycie z występów w zespole „Czerwono-czarnych”. Stephan El Shaarawy, bo o nim mowa, w słabym Milanie jest wiodącą postacią. Gol w Lidze Mistrzów i cztery trafienia w Serie A musiały być dostrzeżone przez selekcjonera. Czy zawodnik odpłaci się trenerowi kadry zaufaniem, to się okaże. Taktyka Italii na najbliższe mecze na pewno nie będzie oparta na słynnym catenaccio. Niewątpliwie jednak defensywa będzie solidna niczym tama Naga Hammadi na rzece Nil.

Kto będzie trequartistą?

Trequartista to piłkarz, na którego zespół rywali zwraca szczególną uwagę. Prowadzi grę, jest rozgrywającym i przez jego nogi przechodzi większość akcji ofensywnych. Obecnie w reprezentacji Włoch jest kilku graczy, którzy mogą występować na tej pozycji. Przede wszystkim trzeba wyróżnić Sebastiana Giovinco, który niezależnie od tego, czy gra przeciwko Sienie czy Fiorentinie, daje z siebie wszystko. Oprócz zawodnika „Juve” na tej pozycji może występować również Montolivo. Za zawodnikiem „Starej Damy” przemawia jednak to, że jest piłkarzem wszechstronniejszym i w ustawieniu  4-3-1-2 może nierzadko być fałszywym pomocnikiem. W meczu z Danią na pewno będzie to zaletą ekipy z południa Europy, bo Cesare Prandelli, zmieniając w swoim składzie ustawienie kilku graczy, może zainicjować mętlik w głowie opiekuna reprezentacji Danii.

Pirlo i wszystko jasne

W filmie „Kiler” była scena, w której niejaki Stefan Siarzewski przedstawiał się: „Siara i wszystko jasne”. Patrząc na grę playmakera Juventusu, odnosi się podobne wrażenie, gdy piłkarz ten jest przy futbolówce. Każde zagranie i dotknięcie piłki jest wykonane z taką precyzją, o jakiej nawet perfekcyjna pani domu w swojej profesji może pomarzyć. Trudno sobie wyobrazić piłkarską reprezentację Włoch bez Andrei Pirlo. Ba, trudno sobie wyobrazić dzisiejszy futbol bez takiego grajka. I pomyśleć, że Milan dał mu tak łatwo odejść. Czyżby decydenci 18-krotnych mistrzów Włoch byli wówczas po bunga-bunga?

Pięta achillesowa

Reprezentacja Italii to zespół, w którym praktycznie nie ma słabych elementów, gdy patrzy się na wyjściową jedenastkę. Jednakże jak przyjdzie spojrzeć na zawodników, którzy wyróżniają się tym, że mają rękawice na rękach, to już to nie wygląda to tak różowo. Jest Buffon, tuż za nim Sirigu. Według szefa działu ligi francuskiej w iGol.pl, Grzegorza Zimeckiego, piłkarz ten to wariat, który dobre mecze przeplata tymi słabszymi. W każdym razie i tak prezentuje zupełnie inną klasę w porównaniu z golkiperami, którzy ostatnio strzegli bramki ekipy ze stolicy Francji. Poza wymienioną wcześniej dwójką powołania trafiły także do chimerycznego De Sanctisa oraz Viviano, który znalazł się w kadrze chyba troszkę na wyrost. Szukając w drużynie mankamentów, z pewnością dojdziemy do wniosku, że obsada bramki budzi niepokój, bo gdyby coś przykrego przytrafiło się kapitanowi zespołu ze stolicy Piemontu, następca byłby raczej wybrany na zasadzie najmniejszego zła, a nie wysokich umiejętności bramkarskich.

Wszystkie te przemyślenia naturalnie zweryfikuje w najbliższym czasie zielona murawa na obiekcie w Armenii oraz w stolicy Lombardii. Ekipa Italii to na pewno dobra taktyka, solidna obrona, finezyjna linia pomocy i enigmatyczni napastnicy. Właśnie druga linia jest chyba jedną z lepiej obsadzonych w Europie. Oprócz Pirlo jest jeszcze Marchisio. Ponadto coraz bardziej wybija się Emanuele Giacherini, który już podczas Euro dał się poznać z dobrej strony. Są również charyzmatyczny Daniele De Rossi, całkiem niezły Candreva. W ataku z kolei jest błyskotliwy Mattia Destro, wskrzeszony Diamanti i nieokiełznany Balotelli, który chociaż ma swoje za uszami, to jednak talent z pewnością posiada. Jest jednak kilku fachowców, którzy twierdzą, że gracz ten, osiągając jakiś tam sukces życiowy, zachłysnął się nim i nie potrafi odkaszlnąć. Pewnie z biegiem czasu zmądrzeje. Pytanie tylko, czy nie będzie za późno, ale to już temat na zupełnie inny artykuł.

sobota, 22 września 2012

W drugim sobotnim meczu piątek kolejki T-Mobile Ekstraklasy naprzeciwko siebie stanęły ekipy chorzowskiego Ruchu oraz Zagłębia Lubin. Podopieczni Jacka Zielińskiego podchodzili do tego spotkania chcąc zdobyć w końcu komplet punktów. Podobne nastawienie było wśród  zespołu popularnych „Miedziowych”, którzy mieli dokładnie taki sam dorobek punktowy jak drużyna z Górnego Śląska po czterech rozegranych spotkaniach – jedno oczko na koncie.

Początek spotkania był zdecydowanie dla drużyny dowodzonej przez Pavla Hapala. Drużyna z województwa dolnośląskiego niejednokrotnie niepokoiła w pierwszym kwadransie defensywę Ruchu, lecz albo zabrakło precyzji przy ostatnim podaniu wśród zawodników Zagłębia, albo też w porę szczęśliwie interweniowali obrońcy „Niebieskich”.

Kolejne minuty upływały w dość jednostajnym tempie. Oba zespoły nie zachwycały i oglądanie meczu dla postronnego kibica było ogromną udręką. Pewnie gdyby tylko kibice mogli zrobiliby to co nie tak dawno tifosi Milanu, czyli żądali zwrotu pieniędzy za bilety.

Sympatycy 14-krotnych mistrzów Polski swoje niezadowolenie obrotem boiskowych wydarzeń wyrazili w ostatnich piętnastu minutach pierwszej części gry. Było to o tyle zabawne, ponieważ w 31. minucie spotkania gola po ataku zainicjowanym przez Pavla Vidanova zdobył Szymon Pawłowski, który w dziecinny sposób ograł Marka Szyndrowskiego wyprowadzając swój zespół na jednobramkowe prowadzenie.

Po meczu Ruch - Zagłębie, to gospodarze byli w lepszych nastrojach

W przerwie meczu opiekun chorzowian zdecydował się na roszadę w składzie i w miejsce bezproduktywnego Macieja Jankowskiego desygnował na plac gry Jakuba Smektałę, który miał rozruszać zapędy ofensywne wśród swoich kolegów z drużyny. Tym samym partnerem Arkadiusza Piecha w linii ataku został Pavel Sultes. Z kolei były piłkarz Piasta Gliwice zajął miejsce na prawej flance boiska.

Gra Ruchu w dużej mierze opierała się przede wszystkim na grze trójki graczy: Marka Zieńczuka, Gabora Straki i Arkadiusza Piecha. I właśnie ten pierwszy oraz ostatni wprowadzili w euforię miejscowych kibiców w 52. minucie. Wówczas wychowanek Lechii Gdańsk popisał się kapitalną centrą. Natomiast gola wyrównującego stan meczu zdobył Arkadiusz Piech, który zdobył już swoją druga bramkę w tym sezonie wpychając z najbliższej odległości futbolówkę do bramki rywali.

Szesnaście minut po tym jak gospodarze zdobyli bramkę na 1:1 Marek Zieńczuk mógł zdobyć gola dającego prowadzenie Ruchowi. Jednak uderzenie lewego pomocnika „Niebieskich” było zbyt słabe, aby mogło zaskoczyć strzegącego bramki lubinian Michała Gliwę.

W 73. minucie miała miejsce wiekopomna chwila w tym sezonie w drużynie Ruchu Chorzów, który po raz pierwszy w obecnych rozgrywkach objął prowadzenie w meczu. Gola na 2:1 strzelił Jakub Smektała, który wykorzystał podanie Filipa Starzyńskiego. Tym samym progres związany z utratą coraz mniejszej ilości goli w kolejnych meczach europejskich pucharów miał szerszy zakres, bo teraz z meczu na mecz drużyna z siedzibą przy ulicy Cichej zaczyna zdobywać coraz więcej goli. Czy to oznaka, że nastały lepsze czasy dla drużyny ze Śląska okaże się niebawem. Najbliższym przeciwnikiem Ruchu będzie Podbeskidzie i z pewnością szanse na kolejny komplet punktów i wydostanie się z dolnej strefy tabeli chorzowskiej ekipy jest możliwe. Póki co w Chorzowie radość, która nie potrwa długo, bo już we wtorek mecz Pucharu Polski w Koroną Kielce. Inne nastroje po porażce z Ruchem będą z kolei w klubie finansowanym przez KGHM, który nie dość że poniósł kolejną porażkę w tym sezonie, to za tydzień zmierzy się z jednym z  głównych kandydatów do tytułu mistrzowskiego, czyli Legią Warszawa.

niedziela, 16 września 2012

Spotkanie pomiędzy Ruchem Chorzów a Koroną Kielce było spotkaniem dnia, które transmitowane było w telewizji w najlepszym czasie antenowym, czyli o godzinie 18 w sobotę. Czy może być to zadziwiające? A może, bo w meczu dnia naprzeciwko siebie stanęły przedostatnia z ostatnią drużyną T-Mobile Ekstraklasy po trzech kolejkach ligowych. Jednak chyba żadnego polskiego kibica piłki nożnej to nie dziwi...

Mecz od początku był pokazem sztucznych ogni bez ognia. Brakowało w obu zespołach pewności siebie, aby z marszu ruszyć do ataku. Obie drużyny były ukierunkowane na grę zachowawczą. Lepiej na tym wyszli podopieczni Leszka Ojrzyńskiego, którzy w 12. minucie gry po dobrze wykonanym rzucie z autu stworzyli chaos w polu bramkowym Peskovicia. Piłka wybita poza pole karne „Niebiskich” trafiła pod nogę Golańskiego, który wystrzelił futbolówkę w pole karne swoich adwersarzy. A tam niczym Peter Crouch do głowy wyskoczył Pavol Stano i pewnym uderzeniem głową – niczym napastnik – umieścił piłkę w bramce Ruchu.

Obrót boiskowych wydarzeń wyraźnie podrażnił chorzowską ekipę. Od drugiego kwadransa gry stroną dominującą byli gospodarze, którzy raz za razem stwarzali niebezpieczeństwo pod bramką drużyny przyjezdnej. Widoczni w zespole Jacka Zielińskiego prócz Arkadiusza Piecha, byli między innymi Pavol Sultes oraz Marek Zieńczuk. Ponadto parę razy dał się zauważyć również Maciej Jankowski. Ten ostatni mógł zdobyć bramkę po dośrodkowaniu Zieńczuka po strzale głową. Natomiast Piech próbował swojego szczęścia po ekwilibrystycznym strzale „nożycami”, głową i strzale z okolic szesnastego metra. Żadna z tych prób nie wywołała jednak wybuchu radości na obiekcie przy ulicy Cichej wśród miejscowych kibiców.

Taki obraz gry trwał do końca pierwszej połowy i w końcu kibice mieli swoje kilka minut radości. Po centrze z narożnika boiska Marka Zieńczuka gola wyrównującego zdobył Arkadiusz Piech, który wykorzystał ospałą grę defensorów i zdobył swoją pierwszą bramkę w tym sezonie.

Grupa taneczna Graffiti

Po zmianie stron ekipa z Chorzowa mogła bardzo szybko objąć prowadzenie. Po infantylnym zachowaniu Pawła Golańskiego we własnym polu karnym, który sfaulował Pavla Sultesa sędzia spotkania podyktował „jedenastkę” dla „Niebiskich”. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł Marek Zieńczuk, który w ostatecznym rozrachunku nie wykorzystał klarownej okazji na wyprowadzenie swojego zespołu na prowadzenie, ponieważ pojedynek ten wygrał Zbigniew Małkowski.

W późniejszych fragmentach spotkania swoją dobrą dyspozycję z pierwszych trzech kwadransów utrzymał sprowadzony z Polonii Warszawa podczas letniego okienka transferowego Pavel Sultes. Ofensywnie usposobiony zawodnik Ruchu dwoił się troił , aby zdobyć swojego upragnionego gola dla Ruchu. Jednak piłkarzowi urodzonemu w Valticach zabrakło tego wieczoru szczęścia.

Ostatnie minuty były męka dla oczu kibiców zgromadzonych na stadionie. Zawodnicy obu drużyn grali tak jakby podział punktów ich w zupełności satysfakcjonował. Chociaż w 84. minucie spotkania z rzutu wolnego starał się zaskoczyć swoich rywali Marek Zieńczuk. Jednakże uderzenie pomocnika Ruchu zostało zablokowane i cała akcja spaliła na panewce.

 

 

poniedziałek, 26 marca 2012

Podopieczni Michała Probierza przyjechali na Górny Śląsk chcąc wywieźć trzy punkty ze stadionu w Chorzowie. Rywal „Białej Gwiazdy” ani jednak myślał składać  broni przed mistrzem Polski. Na dobrą sprawę, to zespół dowodzony przez Waldemara Fornalika jest bliżej gry w europejskich pucharach w następnym sezonie. Aczkolwiek w ostatnich pięciu spotkaniach pomiędzy oboma zespołami czterokrotnie zwyciężali zawodnicy Wisły, natomiast raz z tarczą boisko opuszczali popularni „Niebiescy”.

Mimo ogromnych oczekiwań na ciekawe widowisko wielu postronnych obserwatorów przed spotkaniem Ruchu Chorzów z Wisłą Kraków,  w pierwszej części gry obie drużyny nie zaprezentowały się z najlepszej strony. Pierwszy kwadrans gry praktycznie upłynął bez żadnych emocji. W kolejnych minutach troszkę bardziej starali się piłkarze z Krakowa, aczkolwiek nie przyniosło to żadnego efektu w postaci gola. Swoich sił próbował Cwetan Genkow, który w 18. minucie starał się wykorzystać dośrodkowanie Kirma, lecz na posterunku stał bramkarz „Niebieskich”.

Chorzowianie swoją najgroźniejszą akcję mieli w 27. minucie gry. Po dośrodkowaniu Marka Zieńczuka z rzutu rożnego obrońcom Wisły uciekł Rafał Grodzicki i zdołał oddać ładny strzał głową, ale wynik nadal nie uległ zmianie. Cztery minuty później na strzał zza pola karnego zdecydował się z kolei Marcin Malinowski, z tym, że nie sprawił on żadnych problemów golkiperowi Wisły.

Tuż przed końcem pierwszej części spotkania ładne uderzenie głową oddał jeszcze Łukasz Janoszka, lecz i tym razem udaną interwencją popisał się Siergiej Pareiko. W doliczonym czasie gry ponownie przed szansą zdobycia gola stanął Rafał Grodzicki. Ale futbolówka minęła światło bramki i pierwsze trzy kwadranse zakończyły się rezultatem 0:0.

Kapitan Ruchu Chorzów, Rafał Grodzicki

Po zmianie stron pierwsi klarowną szansę na zdobycie gola mieli zawodnicy Ruchu. Za sprawą Arkadiusza Piecha, któremu piłkę odgrywał Jankowski, ciśnienie mogło się podnieść kibicom Wisły Kraków, którzy pojawili się na trybunach stadionu w Chorzowie w liczbie około 500 osób. Jednak strzał napastnika chorzowian został obroniony. Co się jednak odwlecze, to nie uciecze, jak mawia znana maksyma. Dosłownie minutę później arbiter spotkania, Szymon Marciniak, podyktował rzut karny za przewinienie Cezarego Wilka w polu karnym na Marku Zieńczuku. „Jedenastkę” za gola zamienił kapitan 14-krotnych mistrzów Polski, Rafał Grodzicki i wynik 1:0 stał się faktem

Gorąco na stadionie przy ulicy Cichej zrobiło się także w 65. minucie gry. Za nieprzepisowe powstrzymywanie rywala czerwoną kartką został ukarany Gordon Bunoza i podopieczni Michała Probierza musieli kończyć spotkanie w zdekompletowanym zestawieniu. Po tym zdarzeniu bliski zdobycia gola z rzutu wolnego był Marek Zieńczuk, ale bardzo dobrą obroną popisał się ponownie Pareiko. Gospodarze jednobramkowe zwycięstwo dowieźli do końca meczu, chociaż mieli jeszcze kilka okazji na podwyższenie prowadzenia. Warto dodać, że przed końcowym gwizdkiem sędziego za drugą żółtą kartkę, a w konsekwencji czerwoną kartę boisko musiał opuścić Junior Diaz. Po weekendowych meczach T-Mobile Ekstraklasy podopieczni Waldemara Fornalika mają już tylko trzy punkty straty do lidera rozgrywek, warszawskiej Legii.

Ruch Chorzów – Wisła Kraków 1:0 (0:0)

Bramki: 1:0 Grodzicki (53.)

Ruch Chorzów: Pesković – Djokić, Grodzicki, Stawarczyk, Szyndrowski – Zieńczuk (83. Abbott.), Malinowski, Straka, Janoszka (89. Lewczuk) – Piech (87. Niedzielan), Jankowski.

Wisła Kraków: Pareiko – Jovanović Ż, Chavez Ż, Bunoza C, Diaz Ż C – Nunez, Wilk, Kirm, Melikson (46. Iliev), Biton (68. Małecki) – Genkov.

Sędzia główny: Szymon Marciniak (Płock). Widzów: 11000.



sobota, 24 marca 2012

Inauguracja wiosny na stadionie w Gliwicach, który wyjątkowo w tym dniu nosił nazwę „Arena Orłów”, rozpoczęła się od meczu z Wartą Poznań. Popularne „Piastunki” podchodziły do meczu z poznaniakami po porażce z Pogonią Szczecin 1:2. Natomiast Warta Poznań dowodzona już w piątym kolejnym meczu przez Jarosława Araszkiewicza rok 2012 otwarła zwycięstwem nad KS Polkowice 1:0 po trafieniu Krzysztofa Sobieraja.

Pierwszy kwadrans gry był badaniem obu zespołów. Żadna z drużyn nie wychodziła z inicjatywą przeprowadzenia odważniejszego ataku na bramkę rywali. Chociaż strzały w tym okresie miały miejsce. Jednak nie sprawiały one żadnych problemów bramkarzom.

Kolejne piętnaście minut zwiastowało rozruch w poczynaniach obu drużyn. Aczkolwiek z dużej chmury spadł mały deszcz. Próbował swoich sił kolejno Magdziarz. Aczkolwiek po strzale obrońcy gości futbolówka przeleciała wysoko nad poprzeczką. Podobny los podzielił strzał Jurado z 20. minuty, po którym piłka minęła światło bramki.

To na co czekali miejscowi kibice miało miejsce w 33. minucie. Gola, który wyprowadził gospodarzy na prowadzenie zdobył Hiszpan Ruben Jurado. Podopieczny Marcina Brosza wykorzystał podanie Urbana i zdobył swoją szóstą bramkę w sezonie. Tuż przed końcem pierwszej polowy szansę na podwyższenie prowadzenia zmarnował jeszcze Tomas Docekal, który w sytuacji oko w oko z golkiperem Warty trafił wprost w niego.

Strzelec dwóch goli dla Piasta w spotkaniu z Wartą, Ruben Fernandez Jurado

Po zmianie stron gospodarze szybko podwyższyli prowadzenie. Zaledwie po sześciu minutach od pierwszego gwizdka sędziego w drugiej połowie gola bezpośrednim uderzeniem z rzutu wolnego z około 35 metrów zdobył Wojciech Lisowski. Zawodnik, który do drużyny Piasta Gliwice jest wypożyczony z warszawskiej Legii w swoim szóstym meczu w gliwickiej drużynie zdobył pierwszą bramkę. Na tym jednak piłkarze drużyny z Górnego Śląska nie chcieli poprzestać. W 56. minucie gry po kapitalnej kontrze Piast wyszedł na prowadzenie 3:0. Po raz drugi na listę strzelców wpisał się Ruben Jurado, który wykorzystał świetne podanie Rudolfa Urbana.

Na kwadrans przed końcem meczu swoją okazję do zdobycia gola miał także Mariusz Podgórski, lecz piłka po technicznym strzale pomocnika Piasta przeleciała nad bramką. Do końca spotkania rezultat meczu nie uległ już zmianie i gospodarze odnieśli pierwsze zwycięstwo w nowym roku przed własną publicznością pokonując Wartę Poznań 3:0.

Piast Gliwice – Warta Poznań 3:0 (1:0)

Bramki: 1:0 Ruben (31.), 2:0 Lisowski (51.), 3:0 Ruben (56.)

Piast Gliwice: Trela – Lisowski, Klepczyński Ż, Krzycki, Matras – Cicman, Jurado, Podgórski Ż, Fernandez (81. Świątek), Urban – Docekal (62. Bzdęga).

Warta Poznań: Radliński – Bartczak, Wichtowski Ż, Otuszewski, Mójta – Mysiak, Magdziarz, Grzeszczyk Ż (46. Reiss), Foszmańczyk (60. Ngamayama), Bereszyński Ż, Klatt (60. Giel).

Sędzia główny: Bartosz Frankowski (Toruń). Widzów:  5353.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
trwa ladowanie...naszyjniki