poniedziałek, 26 marca 2012
Podopieczni Michała Probierza przyjechali na Górny Śląsk chcąc wywieźć trzy punkty ze stadionu w Chorzowie. Rywal „Białej Gwiazdy” ani jednak myślał składać broni przed mistrzem Polski. Na dobrą sprawę, to zespół dowodzony przez Waldemara Fornalika jest bliżej gry w europejskich pucharach w następnym sezonie. Aczkolwiek w ostatnich pięciu spotkaniach pomiędzy oboma zespołami czterokrotnie zwyciężali zawodnicy Wisły, natomiast raz z tarczą boisko opuszczali popularni „Niebiescy”. Mimo ogromnych oczekiwań na ciekawe widowisko wielu postronnych obserwatorów przed spotkaniem Ruchu Chorzów z Wisłą Kraków, w pierwszej części gry obie drużyny nie zaprezentowały się z najlepszej strony. Pierwszy kwadrans gry praktycznie upłynął bez żadnych emocji. W kolejnych minutach troszkę bardziej starali się piłkarze z Krakowa, aczkolwiek nie przyniosło to żadnego efektu w postaci gola. Swoich sił próbował Cwetan Genkow, który w 18. minucie starał się wykorzystać dośrodkowanie Kirma, lecz na posterunku stał bramkarz „Niebieskich”. Chorzowianie swoją najgroźniejszą akcję mieli w 27. minucie gry. Po dośrodkowaniu Marka Zieńczuka z rzutu rożnego obrońcom Wisły uciekł Rafał Grodzicki i zdołał oddać ładny strzał głową, ale wynik nadal nie uległ zmianie. Cztery minuty później na strzał zza pola karnego zdecydował się z kolei Marcin Malinowski, z tym, że nie sprawił on żadnych problemów golkiperowi Wisły. Tuż przed końcem pierwszej części spotkania ładne uderzenie głową oddał jeszcze Łukasz Janoszka, lecz i tym razem udaną interwencją popisał się Siergiej Pareiko. W doliczonym czasie gry ponownie przed szansą zdobycia gola stanął Rafał Grodzicki. Ale futbolówka minęła światło bramki i pierwsze trzy kwadranse zakończyły się rezultatem 0:0. Po zmianie stron pierwsi klarowną szansę na zdobycie gola mieli zawodnicy Ruchu. Za sprawą Arkadiusza Piecha, któremu piłkę odgrywał Jankowski, ciśnienie mogło się podnieść kibicom Wisły Kraków, którzy pojawili się na trybunach stadionu w Chorzowie w liczbie około 500 osób. Jednak strzał napastnika chorzowian został obroniony. Co się jednak odwlecze, to nie uciecze, jak mawia znana maksyma. Dosłownie minutę później arbiter spotkania, Szymon Marciniak, podyktował rzut karny za przewinienie Cezarego Wilka w polu karnym na Marku Zieńczuku. „Jedenastkę” za gola zamienił kapitan 14-krotnych mistrzów Polski, Rafał Grodzicki i wynik 1:0 stał się faktem Gorąco na stadionie przy ulicy Cichej zrobiło się także w 65. minucie gry. Za nieprzepisowe powstrzymywanie rywala czerwoną kartką został ukarany Gordon Bunoza i podopieczni Michała Probierza musieli kończyć spotkanie w zdekompletowanym zestawieniu. Po tym zdarzeniu bliski zdobycia gola z rzutu wolnego był Marek Zieńczuk, ale bardzo dobrą obroną popisał się ponownie Pareiko. Gospodarze jednobramkowe zwycięstwo dowieźli do końca meczu, chociaż mieli jeszcze kilka okazji na podwyższenie prowadzenia. Warto dodać, że przed końcowym gwizdkiem sędziego za drugą żółtą kartkę, a w konsekwencji czerwoną kartę boisko musiał opuścić Junior Diaz. Po weekendowych meczach T-Mobile Ekstraklasy podopieczni Waldemara Fornalika mają już tylko trzy punkty straty do lidera rozgrywek, warszawskiej Legii. Ruch Chorzów – Wisła Kraków 1:0 (0:0) Bramki: 1:0 Grodzicki (53.) Ruch Chorzów: Pesković – Djokić, Grodzicki, Stawarczyk, Szyndrowski – Zieńczuk (83. Abbott.), Malinowski, Straka, Janoszka (89. Lewczuk) – Piech (87. Niedzielan), Jankowski. Wisła Kraków: Pareiko – Jovanović Ż, Chavez Ż, Bunoza C, Diaz Ż C – Nunez, Wilk, Kirm, Melikson (46. Iliev), Biton (68. Małecki) – Genkov. Sędzia główny: Szymon Marciniak (Płock). Widzów: 11000.
sobota, 24 marca 2012
Inauguracja wiosny na stadionie w Gliwicach, który wyjątkowo w tym dniu nosił nazwę „Arena Orłów”, rozpoczęła się od meczu z Wartą Poznań. Popularne „Piastunki” podchodziły do meczu z poznaniakami po porażce z Pogonią Szczecin 1:2. Natomiast Warta Poznań dowodzona już w piątym kolejnym meczu przez Jarosława Araszkiewicza rok 2012 otwarła zwycięstwem nad KS Polkowice 1:0 po trafieniu Krzysztofa Sobieraja. Pierwszy kwadrans gry był badaniem obu zespołów. Żadna z drużyn nie wychodziła z inicjatywą przeprowadzenia odważniejszego ataku na bramkę rywali. Chociaż strzały w tym okresie miały miejsce. Jednak nie sprawiały one żadnych problemów bramkarzom. Kolejne piętnaście minut zwiastowało rozruch w poczynaniach obu drużyn. Aczkolwiek z dużej chmury spadł mały deszcz. Próbował swoich sił kolejno Magdziarz. Aczkolwiek po strzale obrońcy gości futbolówka przeleciała wysoko nad poprzeczką. Podobny los podzielił strzał Jurado z 20. minuty, po którym piłka minęła światło bramki. To na co czekali miejscowi kibice miało miejsce w 33. minucie. Gola, który wyprowadził gospodarzy na prowadzenie zdobył Hiszpan Ruben Jurado. Podopieczny Marcina Brosza wykorzystał podanie Urbana i zdobył swoją szóstą bramkę w sezonie. Tuż przed końcem pierwszej polowy szansę na podwyższenie prowadzenia zmarnował jeszcze Tomas Docekal, który w sytuacji oko w oko z golkiperem Warty trafił wprost w niego.
Po zmianie stron gospodarze szybko podwyższyli prowadzenie. Zaledwie po sześciu minutach od pierwszego gwizdka sędziego w drugiej połowie gola bezpośrednim uderzeniem z rzutu wolnego z około 35 metrów zdobył Wojciech Lisowski. Zawodnik, który do drużyny Piasta Gliwice jest wypożyczony z warszawskiej Legii w swoim szóstym meczu w gliwickiej drużynie zdobył pierwszą bramkę. Na tym jednak piłkarze drużyny z Górnego Śląska nie chcieli poprzestać. W 56. minucie gry po kapitalnej kontrze Piast wyszedł na prowadzenie 3:0. Po raz drugi na listę strzelców wpisał się Ruben Jurado, który wykorzystał świetne podanie Rudolfa Urbana. Na kwadrans przed końcem meczu swoją okazję do zdobycia gola miał także Mariusz Podgórski, lecz piłka po technicznym strzale pomocnika Piasta przeleciała nad bramką. Do końca spotkania rezultat meczu nie uległ już zmianie i gospodarze odnieśli pierwsze zwycięstwo w nowym roku przed własną publicznością pokonując Wartę Poznań 3:0. Piast Gliwice – Warta Poznań 3:0 (1:0) Bramki: 1:0 Ruben (31.), 2:0 Lisowski (51.), 3:0 Ruben (56.) Piast Gliwice: Trela – Lisowski, Klepczyński Ż, Krzycki, Matras – Cicman, Jurado, Podgórski Ż, Fernandez (81. Świątek), Urban – Docekal (62. Bzdęga). Warta Poznań: Radliński – Bartczak, Wichtowski Ż, Otuszewski, Mójta – Mysiak, Magdziarz, Grzeszczyk Ż (46. Reiss), Foszmańczyk (60. Ngamayama), Bereszyński Ż, Klatt (60. Giel). Sędzia główny: Bartosz Frankowski (Toruń). Widzów: 5353.
sobota, 10 marca 2012
Sobotnie granie na boiskach T-Mobile Ekstraklasy otwierała rywalizacja pomiędzy Górnikiem Zabrze a Lechią Gdańsk. Błąkająca się w dolnych rejonach tabeli ligowej drużyna z Gdańska, aby wydostać się ze strefy podwyższonego ryzyka musiała zgarnąć komplet punktów. Natomiast „Trójkolorowi” podchodzili do meczu z „Biało-Zielonymi” po remisie z PGE GKS-em Bełchatów. Na trybunach obiektu w Zabrzu głośno mówiło się o rywalizacji dwóch kolegów z reprezentacji Burkina-Faso, odpowiednio Prejuca Nakooulmy oraz Abdou Racka Traore. Obaj wymienieni dżentelmeni mieli zapewnić swoim drużynom gole. Warto odnotować, że tuż przed inaugurującym spotkanie gwizdkiem sędziego minutą ciszy uczczono pamięć zmarłych niedawno Henryka Bałuszyńskiego oraz Włodzimierza Smolarka. Pierwsze minuty meczu lepiej ułożyły się dla podopiecznych Pawła Janasa. Zespół z Pomorza szybko objął prowadzenie, czym zapewnił sobie odrobinę spokoju na dalsze fragmenty spotkania. Gola, który otworzył wynik meczu zdobył Łukasz Surma. Były zawodnik między innymi Legii Warszawa wykorzystał podanie Ivansa Lukjanovsa i zdobył tym samym swoją pierwszą bramkę w obecnych rozgrywkach. Gospodarze po stracie gola szybko chcieli się otrząsnąć. Dziesięć minut po stracie gola z ładną kontrą wyszedł Paweł Olkowski, który ładnie obsłużył Zielińskiego. Jednak piłka po strzale napastnika minęła minimalnie światło bramki. Chwilę później podobnym śladem podąrzył Prejuce „Prezes” Nakoulma i podobnie jak wcześniej Zieliński także nie trafił w bramkę strzeżoną przez Wojciecha Pawłowskiego. W ostatnim kwadransie gry szansę na doprowadzenie do remisu miał jeszcze Aleksander Kwiek, lecz uderzenie ofensywnie usposobionego piłkarza Górnika obronił golkiper gdańszczan i cała akcja spaliła na panewce. O tym, że nie wykorzystane sytuacje się mszczą kibice z Zabrza mogli przekonać się w ostatniej minucie regulaminowego czasu gry pierwszej polowy, kiedy to prowadzenie Lechii Gdańsk podwyższył Abdou Razack Traore. Burkińczyk wykorzystał podanie od Piotra Grzelczaka i do szatni na przerwę goście schodzili z dwubramkowym prowadzeniem.
Druga odsłona meczu nie mogła się lepiej rozpocząć dla drużyny 14-krotnych mistrzów Polski. Po rzucie wolnym egzekwowanym przez Mariusza Magierę piłka trafiła na głowę Oleksandra Szeweluchina i kontaktowy gol dla Górnika stał się faktem. Po trafieniu dla drużyny dowodzonej przez Adama Nawałkę dominacja gospodarzy nie podlegała żadnej dyskusji. Miejscowi atakowali raz za razem. Bliski szczęścia był Aleksander Kwiek, który starał się zaskoczyć bramkarza swoich adwersarzy uderzeniem z rzutu wolnego z około 30 metrów. Aczkolwiek tym razem kapitalną interwencją popisał się Pawłowski. Kolejna dogodna okazja dla Górnika pojawiła się w 73. minucie gry. Tym razem strzał oddał Nakoulma, ale futbolówka wylądowała za bramką „Lechistów”. Wysiłek gospodarzy i determinacja w dążeniu do wyniku remisowego zostały nagrodzone na trzynaście minut przed końcem meczu. Precyzyjnym dośrodkowaniem wyróżnił się bardzo dobrze spisujący się tego popołudnia Mariusz Magiera, natomiast kapitalnym strzałem „szczupakiem”, po którym piłka wylądowała w siatce rywali popisał się Prejuce Nakolulma, który ma już tym samym osiem goli na swoim koncie. Do końca meczu wynik nie uległ już zmianie i ostatecznie oba zespoły musiały zadowolić się podziałem punktów. Górnik Zabrze – Lechia Gdańsk 2:2 (0:2) Bramki: 0:1 Surma (8.), 0:2 Traore (45.), 1:2 Szeweluchin (46.), 2:2 Nakoulma (77.) Górnik Zabrze: Skorupski – Bemben, Pazdan, Szeweluchin, Magiera – Olkowski, Marciniak Ż, Mączyński (73. Milik)– Nakoulma, Kwiek – Zieliński (85. Jonczyk). Lechia Gdańsk: Pawłowski – Pietrowski, Janicki, Bąk, Wilk – Kosecki, Surma, Hajrapetjan (89. Bajić) – Lukjanovs (66. Wiśniewski), Traore – Grzelczak (86. Kozans). Sędzia główny: Paweł Raczkowski Widzów: 3000
sobota, 25 lutego 2012
W ostatnich tygodniach w Poznaniu głośno mówiło się o poszukiwaniu nowego trenera. Według medialnych informacji jednym z głównych kandydatów na stanowisko opiekuna popularnego „Kolejorza” jest Michał Probierz. W związku z tym kolejne mecz o swoje być albo nie być w Poznaniu miał w piątkowy wieczór Jose Mari Bakero. W zupełnie innym nastroju był z kolei przed spotkaniem z poznańskim zespołem trener chorzowian, Waldemar Fornalik, który nie ukrywał, że cieszy się, iż ma w swoim składzie czterech równorzędnych napastników i liczył, że któryś z nich wpiszę się na listę strzelców w meczu z Lechem. Od początku spotkania Ruch pokazywał dużą chęć gry. Już po kilku minutach od pierwszego gwizdka sędziego okazję do wyprowadzenia gospodarzy na jednobramkowe prowadzenie miał Djokić. Jednak strzał głową Serba minął światło bramki. To jednak było pierwsze poważne ostrzeżenie drużyny dowodzonej przez Waldemara Fornalika. Gol natomiast dla 14-krotnego mistrza Polski padł w 14. minucie. Po rzucie wolnym egzekwowanym przez Marka Zieńczuka piłka trafiła do Arkadiusza Piecha. Ten oddał strzał głową, po którym futbolówkę przed siebie odbił Krzysztof Kotorowski. Natomiast nieszczęśliwie dla gości piłka odbiła się jeszcze od Wołąkiewicza i wylądowała w siatce bramki Lecha. Podrażnieni goście chcieli szybko doprowadzić do wyrównania. Aczkolwiek brakowało im precyzji przy konstruowaniu akcji ofensywnych. Pierwszą klarowną okazję do zdobycia gola mieli dopiero w 24. minucie. Wtedy po zagraniu piłki z autu bez przyjęcia mocny strzał w kierunku bramki strzeżonej przez Peskovicia oddał Rudniew. Futbolówka jednak tylko ostemplowała słupek. Podopieczni Waldemara Fornalika cały czas grali swoje. W trzecim kwadransie gry kolejną szanse na zdobycie gola miał napastnik Ruchu – Arkadiusz Piech. O ile 26-letniemu zawodnikowi się nie poszczęściło, to gola z typu tych stadiony świata zdobył Marek Zieńczuk. Zawodnik na pięć minut przed końcem regulaminowego czasu gry pierwszej połowy popisał się kapitalnym strzałem z rzutu wolnego z około 35 metrów i nie dał swoim uderzeniem żadnych szans na udaną interwencję golkiperowi rywali. Ostatecznie pierwsza połowa zakończyła się zatem dwubramkowym prowadzeniem gospodarzy.
Po zmianie stron „Niebiescy” nie zwalniali tempa. W dalszym ciągu bardzo dobrą dyspozycję prezentował Marek Zieńczuk. Pomocnik chorzowian w 53. minucie zaimponował ładnym dośrodkowaniem na głowę Łukasza Janoszki. Ofensywnie usposobiony gracz Ruchu odegrał piłkę głową w kierunku Jankowskiego, a ten zdobył tym samym swoją siódmą bramkę w obecnym sezonie i rezultat 3:0 stał się faktem. Na piętnaście minut przed końcem Lech próbował jeszcze zdobyć przynajmniej honorową bramkę. Jednak najpierw strzał Ubiparipa po przyjęciu na klatkę piersiową wylądował na bocznej siatce bramki Ruchu. Natomiast chwilę później w sytuacji sam na sam z Peskoviciem nieznacznie pomylił się Artjom Rudniev. Reprezentant Łotwy oddał strzał, po którym po raz drugi w tym meczu piłka wylądowała na słupku i cała akcja spaliła na panewce. Do końca spotkania wynik nie uległ zmianie i to gospodarze mieli zdecydowanie więcej powodów do radości po ostatnim gwizdku sędziego, ponieważ po raz kolejny zdobyli cenne punkty z rywalem ze ścisłej ligowej czołówki. Natomiast poznaniacy mają na swoim koncie druga porażkę z rzędu w rundzie wiosenne i już wiadomo, że w następnym meczu ligowym Lecha nie poprowadzi Jose Maria Bakero, który został zwolniony z funkcji trenera drużyny. Ruch Chorzów – Lech Poznań 3:0 (2:0) Bramki: 1:0 Wołąkiewicz (14. samobójcza), 2:0 Zieńczuk (40.), Jankowski (53.) Ruch Chorzów: Peskovic – Grodzicki, Stawarczyk, Szyndrowski, Djokić – Lisowski, Zieńczuk, Straka C, Janoszka (88. Grzyb) – Piech (90. Starzyński), Jankowski (69. Abbott Ż) Lech Poznań: Kotorowski – Wojtkowiak (52. Kikut), Wołąkiewcz Ż, Arboleda Ż, Luiz Henriquez Ż – Kamiński, Krivets, Injac Ż – Tonev (59. Stilić), Ślusarski (67. Ubiparip) – Rudniev Sędzia główny: Daniel Stefański Widzów: 6500.
niedziela, 19 lutego 2012
Górnik Zabrze pokonał przed własną publicznością Legie Warszawa 2:0. Gole dla gospodarzy padły po strzałach Prejuca Nakoulmy oraz Mariusza Magiera. Tym samem dorobek punktowy podopiecznych Adama Nawałki wzrósł do 23 punktów. W ramach 18. kolejki T-Mobile Ekstraklasy Górnik Zabrze na przebudowywanym stadionie podejmował Legie Warszawa. Jeden z dwóch reprezentantów polski w europejskich pucharach do meczu z zespołem z Górnego Śląska podchodził po zremisowanym spotkaniu ze Sportingiem Lizbona. W zespole gości mimo wcześniejszych spekulacji znalazł się Marcin Komorowski, który do Tereka Grozny przeiesie się po rewanżowym meczu Europa League. Natomiast w drużynie dowodzonej przez Adama Nawałkę w pierwszym składzie znalazł się sprowadzony zimą Aleksandar Szeweluchin. Ponadto w roli wysuniętego napastnika ustawiony został 17-letni Arkadiusz Milik. Początek spotkania upłynął pod znakiem agresywnej gry stołecznej ekipy. W konsekwencji żółta kartką w 17. minucie gry za ostry wślizg w Łukasza Skorupskiego ukarany został Jakub Rzeźniczak. Parę chwil później ostrością w grze wyróżnił się także Michał Żyro, który nieprzepisowo powstrzymywał Michała Bembena. Pierwszą dogodną klarowną akcję skonstruowali natomiast piłkarze Górnika Zabrze. W roli głównej wystąpił Prejuce Nakoulma, który po 180 sekundach gry wtargnął w pole karne gości. Jednak w ostatniej chwili został powstrzymany przez defensorów Legii. Drużyna ze stolicy miała swoją szansę kilka minut później za sprawą Rafała Wolskiego, który oddał strzał z około 30 metrów z rzutu wolnego. Piłka minęła jednak światło bramki. W 24. minucie spotkania miał miejsce prawdziwy pokaz szybkości popularnego „Prezesa”. Reprezentant Burkina Faso przeprowadził kapitalna kontrę, która zakończyła się mocnym uderzeniem zawodnika. Futbolówka po uderzeniu ofensywnie usposobionego piłkarza Górnika wylądowała w siatce rywali. Żadnych szans na udaną interwencję nie miał Dusan Kuciak, który stał w bramce „Wojskowych”.
Tuż przed końcem regulaminowego czasu gry pierwszej połowy wyrównać stan meczu mógł Michał Żyro. Wychowanek Legii warszawa przelobował bramkarza Górnika. Aczkolwiek w ostatniej chwili Łukasz Skorupski popisał się wyśmienitą obroną i do końca pierwszej połowy wynik nie uległ już zmianie. W drugiej połowie goście chcieli szybko zdobyć gola wyrównującego. Próby Michała Kucharczyka oraz Michała Żyro mijały się jednak z celem i gola warszawiacy nie zdobyli. Gospodarze z kolei, mimo że prowadzili, to nie przestawali atakować swoich adwersarzy. Po dośrodkowaniu z rzutu różnego piętą próbował pokonać bramkarza rywali Prejuce Nakoulma. Jednak strzał został zablokowany. W 62. minucie podwyższyć prowadzenie mógł Paweł Olkowski. 22-latek oddał mocny, kąśliwy strzał, z którym z trudem poradził sobie golkiper drużyny z Warszawy – Dusan Kuciak. Co się odwlecze to jak wiadomo nie uciecze. Na trzynaście minut przed końcem spotkania fantastycznym uderzeniem z rzutu wolnego popisał się wprowadzony w drugiej części gry Mariusz Magiera. Zawodnik oddał bezpośredni strzał z 35 metrów, po którym futbolówka ugrzęzła w siatce bramki Legii Warszawa i rezultat 2:0 stał się faktem. Górnik Zabrze – Legia Warszawa 2:0 (1:0) Bramki: 1:0 Nakoulma (24.), 2:0 Magiera (77.) Górnik: Skorupski – Bemben, Pazdan, Szeweluchin, Marciniak – Olkowski, Przybylski (18. Magiera Ż), Mączyński, Kwiek, Nakoulma (90+2 Wodecki) – Milik (63. Jonczyk Ż) Legia: Kuciak – Jędrzejczyk, Żewłakow, Komorowski, Wawrzyniak – Wolski (79. Wolski), Rzeźniczak Ż (46. Rzeźniczak), Vrdoljak, Gol, Żyro – Ljuboja. Sędziował: Tomasz Musiał ( Kraków). Widzów: 3000. Wiadomość z ubiegłego tygodnia wstrząsnęła Wyspami Brytyjskimi. Z posady selekcjonera reprezentacji Anglii zrezygnował Fabio Capello. Szkoda tym większa, że na Euro 2012 zabraknie jednego z trzech włoskich trenerów. Warto przypomnieć, że selekcjonerem Irlandii jest Giovanni Trapattoni. Natomiast „Squadra Azzurra” dowodzi Cesare Prandelli. Grono włoskich trenerów na europejskim czempionacie będzie zatem trochę mniejsze. Natomiast najbardziej boli, że „Don Fabio” zrezygnował chyba z jednej z najbardziej pożądanych posad w jednym z najgorętszych miejsc w międzynarodowym futbolu samodzielnie. Do tej pory można było przypuszczać, że reprezentacja Anglii będzie mogła powalczyć o zwycięstwo w całym turnieju rozgrywanym na boiskach Polski i Ukrainy. Teraz są to już ambiwalentne odczucia. Capello jest jednym z nielicznych, którzy zrezygnowali z pracy z reprezentacją Anglii z własnej woli. Do tego grona nie można zaliczyć Steva McClarena, który dostał wymówienie z FA. Glen Hoddle został z kolei zdymisjonowany za to, że stwierdził, iż niepełnosprawni cierpią za grzechy, które popełnili w poprzednim wcieleniu. Sam z posady zrezygnował co prawda Kevin Keegen, jednak ten szkoleniowiec postąpił honorowo, ponieważ dowodzona przez niego drużyna nie osiągała zamierzonych wyników. W mistrzostwach Europy rozgrywanych w Belgii i Holandii synowie Albionu odpadli już po fazie grupowej.
Dowodzący reprezentacją Anglii w latach 1982-1990 niezwykle miły Bobby Robson to trener, który zasłynął z tego, że dwukrotnie prowadził piłkarską drużynę narodową Anglii w finałach mistrzostw świata. W 1986 roku po słynnej „Ręce Boga” Diego Maradony Anglików wyeliminowała Argentyna. Natomiast cztery lata później na drodze Bobby'ego Robsona stanęła reprezentacja RFN-u, która pokonała Anglię dzięki lepiej egzekwowanym rzutom karnym. To jednak nie zmienia faktu, że sir Bobby Robson jest postacią wybitną w angielskim futbolu. Po tym jak zakończył swoją przygodę w roli selekcjonera reprezentacji Anglii, został uhonorowany tytułem Komandora Orderu Imperium Brytyjskiego. Podobną drogę wróżono Fabio Capello. Włoski trener to jednak zupełnie inny typ człowieka aniżeli śp. sir Bobby Robson. Włoch to typ zwycięzcy. Czego się nie dotknie, zamienia w złoto. Mimo że styl gry drużyn prowadzonych przez Capello nigdy nie budził jakiegoś specjalnego zachwytu, to jednak przynosił efekty. Chociażby mistrzostwa z Milanem, Romą, Juventusem czy Realem Madryt mogą o tym świadczyć. 65-latek to autorytarny perfekcjonista. Wszystko co robi, ma poukładane od A do Z. Poświęca się swojej pracy w 100%, jest w stanie podczas jednego dnia pojawić się na dwóch spotkaniach, aby zobaczyć potencjalnych kadrowiczów. Jednak wymaga od swoich zwierzchników, aby nie wtrącali mu się w jego obowiązki. Jeśli ktoś te zasady złamie, Capello wtedy bez zbędnych ceregieli mówi swoim dygnitarzom swoiste do widzenia. Podobnie było teraz., kiedy John Terry pokazał się z tej gorszej strony, której nikt by się po nim nie spodziewał. Capello miał plan, aby go ukarać, bo też nie toleruje rasistowskiego zachowania. Ale chciał zrobić to po swojemu, nie pozbawiając zawodnika Chelsea Londyn opaski kapitana drużyny narodowej. Według Włocha, Terry to jedyna osoba, która się do tej roli idealnie nadaje. I cóż że piłkarz ma kilka grzechów na swoim koncie. On ma być rozliczany z tego, co robi na boisku, a nie po za nim. W gruncie rzeczy on nie jest nauczycielem etyki, od którego należy brać przykład. Jest osobą publiczną, z której można brać przykład. Capello logicznie podchodził do tematu. Skoro dostaje za swoją prace godziwe wynagrodzenie, to chce ją wykonywać jak najlepiej potrafi. Jeśli uważa, że Terry mimo swojego karygodnego zachowanie ma być nadal kapitanem dowodzonej przez niego drużyny, to tak ma być i koniec kropka. Albo jest selekcjonerem, albo nie. On przecież ponosi konsekwencje swoich decyzji. Reputacja Capello z pewnością odrobinę ucierpiała po nieudanym mundialu w RPA. W każdym razie Włoch nie pozostawił po sobie spalonej ziemi. Wprowadzał młodych i utalentowanych piłkarzy, dzięki którym Anglia będzie mogła odnosić sukcesy w najbliższych kilku latach. Kyle Walker, Phil Jones, Danny Welbeck czy Jack Wilshire to zawodnicy, którzy mają potencjał. I Fabio Capello to dostrzegł. Teraz mówi się wszem i wobec, że selekcjonerem Anglików po rezygnacji Capello będzie prawdopodobnie Harry Redknapp. Czy będzie to odpowiednia osoba na tym stanowisku? W ostatnim czasie trener ten dowodził takimi zespołami jak Portsmouth czy Southampton. Teraz prowadzi Tottenham Hotspur. Piłkarze są za tym trenerem. Jednak przyglądając się bliżej jego osobie, dochodzi się do wniosku, że trener ten nie jest typem łowcy sukcesów… Obecnie gra Tottenhamu opiera się na bardzo dobrej postawie Bale’a i Modricia, i tyle. W kadrze Anglii są być może piłkarze lepsi od tej dwójki, ale czy zdołają w cztery miesiące pojąć taktykę, którą będzie chciał im zaszczepić obecny opiekun „The Spurs”. Nie chodzi o to, czy trener zasługuje na swoją szansę czy nie. Pod tym względem nie ma żadnych wątpliwości. Ale czy nie słuszniej byłoby znaleźć szkoleniowca, który ma podobne poglądy do Fabio Capello i mógłby kontynuować jego myśl trenerską? Z pewnością były piłkarz Romy, Milanu czy Juventusu przedstawił władzom FA osobę, która mogłaby go zastąpić. Jednak tak jak Capello chciał rządzić w szatni, tak samo angielski związek piłki nożnej chce podjąć swoją autorytarną decyzję w związku z wyborem nowego selekcjonera. Drużyny Irlandii oraz Włoch mogą cieszyć się z faktu, że podczas Euro nie będą musiały przeciwstawić się taktyce przygotowanej przez „Don Fabio”. Jednak inni trenerzy Serie A nie mogą być już tak spokojni. Chociaż Capello nieraz mówił, że wybiera się na emeryturę, to tego nie zrobi. Jeśli nie teraz, to kiedyś na pewno wróci na Półwysep Apeniński. Wtedy znowu będzie się dawał wielu zespołom we znaki. Póki co rozważa podjęcie pracy w rosyjskim Anży Mahaczkała.
piątek, 17 lutego 2012
Po tym jak w środku tygodnia kilka zespołów odrabiało zaległości 21. kolejki Serie A, przyszła pora na 24. serię spotkań w lidze mistrzów świata z 2006 roku. Na szczególną uwagę zasługują mecze Fiorentiny z Napoli oraz Romy z zawsze niebezpieczną Parmą. Podobnie jak w poprzednim rozdaniu tak i teraz mecze ligi włoskiej zostały rozłożone na kilka dni. Pierwsze spotkania będą miały miejsce już dziś wieczorem. ACF Fiorentina, której bramki strzeże Artur Boruc, podejmie przed własną publicznością zespół Napoli. Podopieczni Waltera Mazzarriego mają teraz przed sobą prawdziwy kilkudniowy maraton. Ciekawe, czy gra co cztery dni wyjdzie zespołowi z Neapolu na dobre. Niezwykle ciekawie zapowiada się rywalizacja Amauriego z Cavanim. Drugim spotkaniem, które jednocześnie zainauguruje ligowe granie na najwyższym szczeblu rozgrywkowym na Półwyspie Apenińskim, jest konfrontacja Interu Mediolan z Bologną. „Nerazurri” mają okazję, aby w końcu się zrehabilitować za swoje słabe w ostatnim czasie występy. Pogrom, którego Inter doznał w spotkaniu z Romą oraz porażka z Novarą, musiały zdenerwować prezydenta klubu – Massimo Morattiego. Czy zespół dowodzony przez Claudio Ranieriego zdobędzie komplet punktów z siedemnastą w tabeli Bologną, trudno stwierdzić. Szczególnie że w zespole przeciwników 18-krotnego mistrza Włoch znajduje się ktoś taki jak Marco Di Vaio, który w obecnym sezonie zdobył sześć goli w Serie A. W sobotę rozegrany zostanie tylko jeden mecz. Na Juventus Arena popularna „Stara Dama” podejmować będzie Catanię. Drużyna gospodarzy przed własną publicznością odniosła w obecnym sezonie siedem zwycięstw, zdobywając łącznie 21 bramek. Sycylijczycy w wyjazdowych spotkaniach nie czują się komfortowo. Wydaje się, że wskazanie faworyta meczu jest jak mawia klasyk „oczywistą oczywistością”. Jednak szkoleniowiec Juventusu Turyn nie powinien lekceważyć swojego rywala. Tym bardziej że najbliższy przeciwnik „Bianconerich” rozgromił w ubiegłym tygodniu Genoę 4:0. W czasie, gdy większość z nas będzie w trakcie niedzielnego obiadu, we Włoszech na Stadio Via del Mare miejscowe Lecce podejmie Sienę. Mecz z gatunku tych, o których się mówi, że to spotkanie o sześć punktów. Oba zespoły błąkają się w dolnych rejonach tabeli Serie A. W związku z tym ewentualna wygrana którejś z drużyn mogłaby dać duży zastrzyk pozytywnej energii do końca sezonu. Spoglądając jednak na ostanie mecze obu drużyn, wydaje się, że najbardziej prawdopodobny w tym spotkaniu będzie remis. W czterech meczach rozgrywanych o tej samej porze najciekawiej zapowiada się mecz, który odbędzie się na Stadio Olimpico w Rzymie, gdzie miejscowa Roma podejmie Parmę. Obie drużyny preferują ofensywny styl, więc dla kibiców może być to prawdziwa uczta dla oka. Po jednej stronie Totti, Borini i Osvaldo. Natomiast po przeciwnej stronie barykady Sebastian Giovinco oraz Sergio Flocarri. Ponadto na ławce trenerskiej Luis Enrique oraz Roberto Donadoni. W ostatnich pięciu spotkaniach pomiędzy oboma zespołami trzykrotnie wygrywali rzymianie, a dwa razy zespoły podzieliły się punktami. Mistrz Włoch w niedzielne popołudnie, opromieniony zwycięstwem 4:0 nad Arsenalem, podejmie na Stadio Dino Manuzzi miejscową Ceseną. Popularne „Koniki Morskie”, mimo że mają atut własnego boiska w garści, to i tak skazywani są na porażkę. Atak Robinho – Maxi Lopez wydaje się, że może robić podobne spustoszenie w szeregach rywali, jak atak ze Zlatanem Ibrahimoviciem w roli głównej. Udinese Calcio, niestety dla kibiców popularnych „Fiulani” bez kontuzjowanego Antonio Di Natale, będzie walczyć o trzy punkty z Cagliari Calcio. Sardyńczycy w ostatnich trzech meczach podnieśli z murawy siedem punktów. Gospodarzy czeka zatem trudna przeprawa. Napastnicy przeciwników Udinese w osobach Mauricio Pinilli oraz Thiago Ribeiro zdaje się, że rozumieją się bez słów. Czy dadzą się w znaki obrońcom „Zebrette”, będzie można przekonać się w niedzielę około godziny 22:30. Trzecie w klasyfikacji ligowej Lazio Rzym na Stadio Renzo Barbera zmierzy się z Palermo. Gospodarze nie lubią grać przeciwko „Biancocelestim”. Na pięć ostatnich spotkań Sycylijczycy tylko raz schodzili z murawy z tarczą. Trzy razy wygrywała drużyna z siedzibą w Rzymie. Ostatni mecz pomiędzy obiema drużynami zakończył się bezbramkowym remisem. W niedzielny wieczór w zespole gości z pewnością zabraknie Tommaso Rocchiego, Giuseppe Biavy oraz Andrei Diasa. Z kolei drużyna dowodzona przez Bortolo Muttiego osłabiona będzie brakiem Armina Bacinovicia.
piątek, 10 lutego 2012
We Florencji w pobliżu Piazza della Signoria znajduje się jedna z najbardziej znanych galerii dzieł sztuki na całym Półwyspie Apenińskim – Galeria Uffizi. Jeśli ktoś nie wie, jaka to galeria, to warto obejrzeć film „Hannibal” opowiadający o zamordowaniu w niej dwóch osób przez tytułowego bohatera. Postawą na boisku na swoje miejsce w jednym z 45 pokoi na drugim piętrze tej galerii zasłużył Stevan Jovetić, który na co dzień reprezentuje barwy Fiorentiny Florencja. Dziwne, że do tej pory nikt w tym mieście nie pomyślał, aby w tym miejscu umieścić przedmioty związane z piłkarzami, którzy promowali swoją sportową postawą tę niezwykle piękną kosmopolityczną metropolię. Zawodników takich było kilku, od ręki można wymienić chociażby trzech. Na pierwszy plan wysuwa się Giancarlo Antognoni, który bronił barw popularnej „Violi” przez 15 lat. Ponadto postacią wybitną, o której każdy kibic calcio słyszał, jest Roberto Baggio. Zawodnik w charakterystycznej fioletowej koszulce wystąpił w 94 spotkaniach i zdobył w niej 39 goli. Prócz tych dwóch Włochów warto przypomnieć także nie tylko piłkarza, ale i wybitnego sportowca, jakim był Gabriel Omar Batistuta. Argentyńczyk wyróżniał się niesamowitym instynktem strzeleckim. Czy ci gracze wraz z Joveticiem nie zasłużyli na to, aby ludzie będący na wycieczce we Florencji zobaczyli namiastkę historii na własne oczy? Czy pomieszczenia, w których znajdują się zbiory Leopolda Medyceusza czy dzieła sztuki gromadzone przez Medicich, cieszyłyby się większym zainteresowaniem niż na przykład opaska kapitańska Antognoniego, buty, w których grał i strzelał gole Gabriel Batistuta, czy koszulka Roberto Baggio? To oczywiście banalne porównanie. Skoro jednak ktoś już jest w tym pięknym mieście, to dlaczego nie miałby zapoznać się także z historią klubu w galerii, której nie można nie zwiedzić, będąc w stolicy Toskanii.
A można przecież do tego miasta przyjechać, aby na przykład pójść na mecz. Zobaczyć na własne oczy, jak gra zespół, w którym występuje taki tam Jovetić. Czarnogórzec przybył do Fiorentiny latem 2008 roku z Partizana Belgrad. Włoski klub zapłacił za ofensywnie usposobionego piłkarza 8 milionów euro. Można powiedzieć, że wtedy do zespołu, którego teraz bramki broni Artur Boruc, przybył młody i nieopierzony jeszcze dzieciak. 19-letni wówczas zawodnik był nieśmiały, spokojny. Jednak już wtedy było widać, że ma talent, na którym poznał się Cesare Prandelli. Nowy nabytek Fiorentiny robił takie cuda z piłką, jakie za pomocą pędzla tworzył Leonardo da Vinci. Legenda klubu w osobie Giancarlo Antagnoniego porównywała nawet Joveticia do Roberto Baggio. Zrobiła to tuż po pamiętnym meczu Fiorentiny z Liverpoolem, w którym reprezentant Czarnogóry zdobył dwa gole. – Baggio był wyjątkowy. Powiedziałbym nawet, że to był piłkarz unikatowy. Jednak przyglądając się grze Joveticia, widzę podobieństwo. Jeśli zdobywa się dwa gole przeciwko takiemu rywalowi, jakim jest Liverpool, porównanie to jest uzasadnione – powiedział w tamtym czasie Giancarlo Antagnoni. Wyczyny zawodnika podczas meczów Ligi Mistrzów z 2009 roku nie przeszły bez echa na Wyspach Brytyjskich. Natychmiast za piłkarzem rozciągnęły się kolejki menedżerów mających nadzieje na sprowadzenie gracza do kraju, który podobno jest mekką futbolu. To był czas, w którym zawodnik błyszczał talentem i zainteresowanie innych klubów jego osobą było jak najbardziej zrozumiałe. Sen ten trwał jednak do czasu. W życiu tak bywa, że gdy jest długo dobrze – wręcz bajkowo – to w pewnym momencie wszystko się kończy i do drzwi pukają rozpacz, żal i łzy. Takie odczucia stają się czymś normalnym. Pech nie ominął niestety także Joveticia. Pewnego słonecznego sierpniowego dnia w 2010 roku piłkarz jak zwykle pojawił się na treningu. Trucht, rozbieganie, klepanie piłką, gra jeden na jeden i nagle coś nie tak. Zawodnik padł na ziemię niczym rażony piorunem. Jako że Fiorentina to profesjonalny klub, to w mgnieniu oka na płycie boiska treningowego pojawili się lekarze. Piłkarza szybko przewieziono do szpitala. Tam po długich badaniach potwierdzono wstępne diagnozy, że Jovetić zerwał więzadło krzyżowe. Kto nigdy nie grał w piłkę, nie wie, co to znaczy. Dla urodzonego w Podgoricy zawodnika diagnoza ta brzmiała jak orzeczenie wyroku na sali rozpraw. Na początku piłkarz przeżył wstrząs. Nie poddał się jednak. Długa i trudna rehabilitacja dała zamierzony efekt. Czarnogórzec wrócił na boisko. Dziś jest bez wątpienia jednym z najbardziej utalentowanych graczy w Serie A. Być może to nawet potencjalny zwycięzca Złotej Piłki, a co tam. Skoro taką przyszłość wróży się Javierovi Pastore, to dlaczego piłkarz z Bałkanów nie mógłby być wyróżniony tą nagrodą? Po głębszym zastanowieniu odpowiedź jest prosta. O indywidualne nagrody łatwiej – przynajmniej na pierwszy rzut oka – w zespole walczącym o trofea. A taką drużyną z całym szacunkiem nie jest ani Fiorentina, ani tym bardziej reprezentacja Czarnogóry. Jeśli zawodnik chce zatem osiągnąć coś wybitnego w piłce nożnej, to prędzej czy później będzie musiał opuścić klub, któremu wiele zawdzięcza. Naturalnie, Jovetić na każdym kroku podkreśla, że cieszy się, iż występuje w takim zespole jak Fiorentina. Że chce walczyć z tą drużyną o trofea. Jednak kiedyś podobne słowa można było usłyszeć z ust Roberto Baggio. Zawodnik, mimo że dobrze czuł się w zespole z Toskanii, to jednak zmienił barwy klubowe i odszedł do Juventusu Turyn. Czy podobną ścieżką podąży Stevan Jovetić? Piłkarz latem stanie przed dylematem, czy być wiernym Fiorentinie, czy może jednak skupić się na realizowaniu swoich piłkarskich ambicji. Jest co prawda związany kontraktem z Fiorentiną do czerwca 2016 roku, jednakże to chyba nie jest żadną przeszkoda dla chociażby takich klubów jak Chelsea Londyn. Zdaje się, że tylko kwestią czasu będzie, kiedy Jovetić opuści Artemio Franchi. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
CZĘSTO ZAGLĄDAM
EURO 2012
INFORMACJE PIŁKARSKIE
MUNDIAL 2010
KONTAKT
trwa ladowanie...naszyjniki
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||